Ossipon urwał nagle. Mruknął pod nosem: „Co też ta kobieta teraz zrobi?” i pogrążył się w myślach.

Tamten czekał z ostentacyjną obojętnością. Pochodził z niskiej sfery, a znano go ogólnie pod przezwiskiem Profesora. Jego prawo do tego określenia wynikało stąd, że był kiedyś laborantem chemikiem w jakimś instytucie technicznym. Pokłócił się ze zwierzchnikami o wyrządzoną mu niesprawiedliwość. Potem dostał miejsce w laboratorium fabryki farb. Tam również potraktowano go z oburzającą niesprawiedliwością. Jego zmagania się, jego niedostatek, jego zawzięte wysiłki, aby zdobyć wyższe miejsce na drabinie społecznej, napełniły go niezłomnym przeświadczeniem o własnych zasługach i dlatego bardzo było trudno obejść się z nim sprawiedliwie — gdyż pojęcie człowieka o sprawiedliwym traktowaniu zależy w wysokim stopniu od jego wytrzymałości. Profesor był człowiekiem utalentowanym, lecz brakowało mu owej wielkiej cnoty społecznej, którą jest rezygnacja.

— Jako intelekt był niczym — wyrzekł głośno Ossipon, przestając nagle rozmyślać nad osobą i stanem interesów osieroconej pani Verloc. — Indywidualność na wskroś pospolita. To źle, Profesorze, że nie utrzymujecie bliższych stosunków z towarzyszami — dodał tonem nagany. — Czy Verloc coś wam powiedział, czy zwierzył się ze swych zamiarów? Nie widziałem go od miesiąca. Wydaje mi się niemożliwe, aby już nie żył.

— Powiedział mi, że to ma być zamach na jakiś budynek — rzekł Profesor. — Musiałem to wiedzieć, aby przygotować odpowiednią bombę. Zwróciłem mu uwagę, że ilość materiału wybuchowego, jaką posiadam, nie wystarcza, aby wywołać zupełne zniszczenie, lecz prosił mnie usilnie, abym zrobił, co będę mógł. Ponieważ chciał, żebym przygotował coś, co będzie można nieść w ręku, zaproponowałem, że użyję do tego starej jednogalonowej41 blaszanki od pokostu kopalowego42, którą miałem przypadkiem u siebie. Ta myśl mu się podobała. Było to trochę kłopotliwe, bo musiałem najpierw wyciąć dno, a potem je znów przylutować. W blaszance znajdował się gruby szklany słoik o dużym otworze, szczelnie zakorkowany i otoczony wilgotną gliną; słoik zawierał szesnaście uncji43 zielonego prochu X2. Zapalnik połączyłem z wkręconym wierzchem blaszanki. To było bardzo pomysłowe... kombinacja czasu i uderzenia. Wyjaśniłem Verlocowi ten system. Cienka rurka blaszana zawierająca...

Myśl Ossipona zwróciła się w inną stronę.

— Jak się to mogło stać? — przerwał.

— Czy ja wiem? Może przykręcił wierzch, co pociągnęło za sobą włączenie kontaktu, a potem zapomniał o terminie wybuchu, który obliczyłem na dwadzieścia minut. Ale mocny wstrząs mógł także spowodować wybuch natychmiast, ponieważ kontakt był włączony. Pewno źle obliczył czas albo po prostu upuścił bombę. W każdym razie jedno jest dla mnie jasne: kontakt był w zupełnym porządku. System działał wzorowo. Zdawałoby się, że w pośpiechu przeciętny dureń zapomniałby raczej o włączeniu kontaktu. Tego rodzaju niebezpieczeństwo najbardziej mnie niepokoiło. Ale tyle jest rodzajów głupoty, że nie można się jej ustrzec. Trudno wymagać od zapalnika, aby był zupełnie odporny na głupotę.

Kiwnął na kelnera. Ossipon siedział wyprostowany, a jego skupiony wzrok świadczył o pracy mózgu. Gdy kelner odszedł z pieniędzmi, Ossipon ocknął się z miną pełną głębokiego niezadowolenia.

— To dla mnie niezmiernie przykre — zaczął głośno rozważać. — Karl od tygodnia leży w łóżku na bronchit44. Równie dobrze może wcale już nie wstać. Michaelis używa sobie gdzieś na wsi. Modny wydawca zaproponował mu pięćset funtów za książkę. To będzie straszna klapa. Jak wiecie, odzwyczaił się w celi od logicznego myślenia.

Profesor stał, zapinając palto, i rozglądał się z niewzruszoną obojętnością.