— Co teraz zrobicie? — zapytał Ossipon znużonym głosem. Drżał przed naganą ze strony Centralnego Czerwonego Komitetu, który nigdzie stale nie przebywał i o którego składzie nie był dokładnie powiadomiony. Niepojęte szaleństwo Verloca odbiłoby się dotkliwie na Ossiponie, gdyby cała ta sprawa pociągnęła za sobą zniesienie skromnego subsydium udzielanego na wydawanie ulotek P. P.
— Solidaryzowanie się z krańcową formą działania jest jedną rzeczą, a głupia lekkomyślność drugą — rzekł z pewnego rodzaju ponurą brutalnością. — Nie rozumiem, co Verloca napadło. Jest w tym jakaś tajemnica. A tymczasem on zginął. Wolno wam się zapatrywać na to, jak chcecie, ale w tych okolicznościach jedynie właściwą polityką dla walczącej grupy rewolucyjnej jest odżegnanie się od wszelkiej łączności z tym waszym diabelskim wybrykiem. Teraz głowię się tylko nad tym, jak zrobić, żeby takie oświadczenie wydało się wiarygodne.
Człowieczek stał w zapiętym palcie, gotów do wyjścia, ani trochę nie wyższy od siedzącego Ossipona. Wycelował okulary prosto w jego twarz.
— Moglibyście poprosić policję o świadectwo dobrego prowadzenia. Oni wiedzą, gdzie który z was spał wczoraj w nocy. Gdybyście ich poprosili, zechcieliby może ogłosić coś w rodzaju urzędowego raportu.
— Na pewno wiedzą dokładnie, że nic z tym nie mamy wspólnego — mruknął gorzko Ossipon. — A co powiedzą, to inna sprawa. — Siedział zamyślony, nie zwracając uwagi na kusą, niechlujną, sowiooką postać stojącą u jego boku. — Natychmiast muszę znaleźć Michaelisa i uprosić go, aby przemówił od serca na którymś z naszych zebrań. Publiczność ma coś na kształt sentymentalnego szacunku dla tego człowieka. Jego nazwisko jest znane, a ja pozostaję w kontakcie z kilku reporterami wielkich dzienników. To, co powie Michaelis, będzie skończoną bzdurą, ale taki ma jakiś sposób mówienia, że można to przełknąć.
— Jak lukrecję45 — wtrącił dość cicho Profesor z niewzruszonym wyrazem twarzy.
Zakłopotany Ossipon dalej prowadził ze sobą półgłośną rozmowę, niby człowiek rozmyślający w zupełnej samotności.
— Osioł, psiakrew! Żeby mi ściągnąć na łeb taką idiotyczną historię! I nawet nie wiem, czy...
Siedział, zaciąwszy usta. Nie uśmiechała mu się myśl, aby po prostu zasięgnąć języka w sklepie. Wyobrażał sobie, że policja zastawiła już tam pułapkę. „Będą musieli kilka osób zaaresztować” — pomyślał i uczuł coś w rodzaju cnotliwego oburzenia, albowiem spokojny tryb jego rewolucyjnego życia został zagrożony wcale nie z jego winy. A znów jeśli do sklepu nie pójdzie, gotów się nie dowiedzieć o czymś bardzo ważnym. Potem przyszło mu na myśl, że jeżeli ów człowiek w parku został rozszarpany na drobne strzępy, jak piszą w gazetach, to nie potrafili go zidentyfikować. A w takim razie policja nie ma powodu do pilnowania sklepu Verloca staranniej niż każdego innego punktu zbornego wybitnych anarchistów — niż na przykład restauracji „Sylen”. Gdziekolwiek by się Ossipon udał, wszędzie natrafi na policję. Jednakże...
— Co tu teraz robić? — mruknął, radząc się siebie samego.