Ów policjant znalazł się pierwszy na miejscu wybuchu. Zaczął o tym znów opowiadać. Zobaczył we mgle coś na kształt wielkiej błyskawicy. Stał wówczas u drzwi King William Street Lodge, rozmawiając z dozorcą. Wstrząs targnął całym jego ciałem. Rzucił się ku obserwatorium.
— Gnałem co sił w nogach — powtarzał raz po raz.
Komisarz Heat nie przerywał mu, zginając się nad stołem ruchem ostrożnym i pełnym obrzydzenia. Dozorca szpitala i jakiś człowiek odchylili rogi płachty i cofnęli się. Oczy komisarza badały szczegółowo ten straszny stos różnych rzeczy, które wyglądały jakby je kto pozbierał w jatkach i u gałganiarzy.
— Pan użył do tego szufli — rzekł Heat, spostrzegłszy trochę drobnego żwiru, małe kawałeczki kory i cieniutkie jak igły cząstki potrzaskanego drzewa.
— W jednym miejscu nie mogłem sobie poradzić — rzekł niewzruszony policjant. — Więc posłałem stróża po szuflę. Kiedy usłyszał, jak skrobię ziemię, oparł się o drzewo i zwymiotował.
Komisarz, pochylony ostrożnie nad stołem, opanował przykre uczucie w gardle. Gwałtowny, niszczycielski wstrząs, który uczynił z tego ciała kupę nieokreślonych szczątków, robił na nim wrażenie bezlitosnego okrucieństwa, choć rozum mówił, że skutek wybuchu musiał być błyskawiczny. Kimkolwiek był ten człowiek, zginął w jednej chwili; a jednak niepodobna było uwierzyć, aby ludzkie ciało doszło do tego stanu, nie wycierpiawszy przedtem niepojętych mąk. Komisarz Heat, obcy fizjologii i jeszcze bardziej obcy metafizyce, wzniósł się przez siłę współczucia, która jest pewną formą strachu, nad pospolite pojęcie o czasie. Błyskawiczny! Przypomniał sobie wszystko, co czytał w popularnych książkach o długich, przerażających snach śnionych w chwili przebudzenia; przypomniał sobie, że tonący przeżywa z okropną wyrazistością całe swoje życie w chwili, gdy po raz ostatni wynurza głowę nad powierzchnię wody. Niepojęte tajemnice świadomego istnienia osaczyły komisarza Heata, aż wreszcie doszedł do straszliwego wniosku, że wieki nieludzkich fizycznych tortur i mąk duchowych mogą się zmieścić między dwoma następującymi po sobie mrugnięciami oka. Jednocześnie zaś wpatrywał się uważnie w stół z twarzą spokojną i nieco zatroskaną, niby ubogi klient, który z myślą o tanim obiedzie niedzielnym pochyla się nad czymś, co w sklepie rzeźniczym mogłoby ujść za odpadki. A przez cały ten czas wyćwiczona czujność Heata, czujność świetnego detektywa, niegardzącego żadną okazją do zdobycia wiadomości, śledziła bezładną gadaninę policjanta, który bardzo był z siebie zadowolony.
— Miał jasne włosy — stwierdził spokojnie policjant i umilkł na chwilę. — Staruszka, która rozmawiała z sierżantem, zauważyła blondyna wychodzącego z Maze Hill Station. — Znów zamilkł, po czym ciągnął powoli dalej: — A on był właśnie blondynem. Zauważyła dwóch ludzi wychodzących ze stacji po odejściu pociągu. Nie umiała powiedzieć, czy szli razem. Na wyższego mężczyznę nie zwróciła uwagi, ale spostrzegła, że ten drugi jest jasnowłosym szczupłym chłopcem i że niesie w ręku blaszankę od pokostu.
Policjant urwał.
— Pan zna tę kobietę? — mruknął komisarz, ciągle zapatrzony w stół, i mignęło mu przez myśl, że trzeba zaraz przeprowadzić śledztwo co do tego człowieka, którego tożsamości pewno się nigdy nie stwierdzi.
— Tak. Ona jest gospodynią u byłego właściciela baru i chodzi czasem do kaplicy w Park Place — rzekł policjant z powagą i urwał, zerknąwszy znowu na stół. Nagle podjął: — Więc mamy go tutaj... wszystko, co tylko mogłem znaleźć. Szczupły... dosyć szczupły. Niech pan spojrzy na tę nogę. Najpierw podniosłem nogi, jedną, a potem drugą. Rozleciał się na takie kawałeczki, że nie wiedziałem, od czego zacząć.