— Jakże mam to określić? Antagonizm nowego człowieka w stosunku do starych metod. Chęć dowiedzenia się czegoś z pierwszej ręki. Trochę niecierpliwości. Pracuję wciąż w tym samym zakresie, tylko że uprząż jest inna. Uwierała mnie trochę w paru czułych miejscach.
— Mam nadzieję, że się panu powiedzie — rzekł łaskawie wielki człowiek, wyciągając rękę miękką w dotknięciu, lecz szeroką i potężną jak dłoń monumentalnego farmera. Nadinspektor uścisnął ją i wyszedł.
W sąsiednim pokoju Toodles, który czekał, siedząc na brzegu stołu, podszedł do nadinspektora, miarkując wrodzoną sobie wesołość.
— No jakże? Zadowolony pan? — zapytał żywo z powagą.
— Najzupełniej. Winienem panu wieczną wdzięczność — odrzekł nadinspektor; jego długie oblicze wyglądało jak wyciosane z drzewa, w przeciwieństwie do niby to poważnej twarzy sekretarza, gotowej lada chwila rozpłynąć się w uśmiechu i chichocie.
— To świetnie. Ale mówię panu, nie może pan sobie wyobrazić, jaki on jest rozdrażniony z powodu tych ataków na jego prawo o upaństwowieniu łowisk. Nazywają to początkiem rewolucji społecznej. Naturalnie, że to jest krok rewolucyjny. Ale tamci są wprost pozbawieni przyzwoitości. Te ataki osobiste...
— Ja czytam dzienniki — zauważył nadinspektor.
— Ohydne! Prawda? A pan nie ma pojęcia, jakie on mnóstwo roboty musi dzień w dzień odwalić. Sam wszystko załatwia, jakby nikomu nie ufał w sprawie tych łowisk.
— A jednak poświęcił całe pół godziny na rozpatrywanie mojej drobnej sprawy — wtrącił nadinspektor.
— Drobnej! Naprawdę? Bardzo mnie to cieszy. Wobec tego szkoda, że go pan tym zaprzątał. Ta walka strasznie go dużo kosztuje. Coraz bardziej jest wyczerpany. Czuję to, gdy opiera się na moim ramieniu w drodze do parlamentu. A czy on naprawdę jest na ulicy bezpieczny? Dziś po południu Mullins rozstawił tu swój oddział. Przy każdej latarni sterczy policjant i co drugi człowiek, którego spotykamy po drodze do Palace Yard, jest oczywistym szpiclem. On wkrótce będzie miał tego dosyć. Proszę pana, chyba to niemożliwe, aby któryś z tych zagranicznych łotrów podniósł na niego rękę... jak pan myśli? To by była klęska narodowa. Jakżeby kraj bez niego się obszedł?