— Co ci się stało? — nalegał, czując dziwną niechęć do poruszenia się i dotknięcia jej.

— Nic. — Przełknęła ślinę z trudem. — Naturalnie, że to niemożliwe. Jakie ty nazwisko wymieniłeś? Nie dosłyszałam nazwiska.

— Nazwisko? — powtórzył Heyst ze zdumieniem. — Wspomniałem tylko Morrisona. To nazwisko tego człowieka, o którym opowiadam. Cóż z tego?

— I mówisz, że to był twój przyjaciel?

— Po tym, co słyszałaś, możesz sama osądzić. Wiesz tyle o moich stosunkach z nim, co i ja sam. Ludzie z tych okolic, sądząc z pozorów, nazywali nas także przyjaciółmi, o ile sobie przypominam. Pozory! Czyż można domagać się czegoś innego, czegoś lepszego? Niepodobna55 żądać nic więcej.

— Chcesz mnie ogłuszyć słowami — zawołała. — Chyba z tego żartować nie możesz.

— Nie mogę? No tak, nie mogę. Szkoda. Toby był może najlepszy sposób — rzekł Heyst tonem, który w jego ustach można było nazwać ponurym. — A jeszcze lepiej zapomnieć zupełnie o tej głupiej historii. — Lekka żartobliwość jego słów i obejścia wróciła jak przyzwyczajenie, z którym się zrósł, wróciła, nim jeszcze jego czoło zdążyło zupełnie się wypogodzić. — Ale dlaczego tak się we mnie wpatrujesz? Och, nie mam nic przeciwko temu i postaram się nie drgnąć. Twoje oczy —

Patrzył w nie i w istocie zapomniał w tej chwili najzupełniej o zmarłym Morrisonie.

— Nie, doprawdy — wykrzyknął nagle. — Jakaś ty nieprzenikniona, Leno, z tymi twoimi szarymi oczami! To mają być okna duszy, jak powiedział jakiś poeta. Musiał być szklarzem z powołania. Natura dała ci w oczach doskonałą osłonę dla płochliwej duszy.

Gdy przestał mówić, Lena przyszła do siebie i zaczerpnęła powietrza. Usłyszał jej głos, którego zmienny czar znał, zdawało się, tak dobrze, a który brzmiał teraz zupełnie obco: