— I ten twój wspólnik nie żyje?
— Morrison? O tak, mówiłem ci już, że —
— Nigdy mi tego nie mówiłeś.
— Nie? Myślałem, że ci mówiłem; a raczej myślałem, że musisz o tym wiedzieć. Wydaje mi się niemożliwym, aby ktoś, z kim rozmawiam, nie wiedział, że Morrison nie żyje.
Spuściła powieki; na twarzy jej pojawił się wyraz zgrozy, który przestraszył Heysta.
— Morrison! — wyszeptała przerażonym głosem. — Morrison! — Głowa jej opadła na piersi. Heyst nie mógł teraz widzieć jej rysów, ale z głosu poznawał, że z jakiejś przyczyny głęboko była poruszona dźwiękiem tego nieromantycznego nazwiska. Błysnęła mu nagle myśl — czyżby ona znała Morrisona? Ale to było absolutnym niepodobieństwem wobec tego, że pochodzili z tak różnych środowisk.
— To doprawdy nadzwyczajne! — rzekł. — Czy słyszałaś już kiedy to nazwisko?
Skinęła kilkakrotnie głową krótkim, potwierdzającym ruchem, jak gdyby nie dowierzała sobie na tyle, aby mówić, czy nawet spojrzeć na niego. Przygryzła dolną wargę.
— Czy znałaś kogoś tego nazwiska? — zapytał.
Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy i wreszcie przemówiła urywanym głosem, jak gdyby przezwyciężając jakąś wątpliwość czy obawę. Odrzekła Heystowi, że słyszała właśnie o tym człowieku.