— To niemożliwe! — rzekł stanowczo. — Mylisz się. Nie mogłaś o nim słyszeć. To jest —

Urwał, gdyż przyszło mu na myśl, że słowa jego są zupełnie bezcelowe, że na nic się nie zda rzucać argumenty w próżnię.

— Ależ ja doprawdy o nim słyszałam; tylko nie wiedziałam wtedy, nie mogłam odgadnąć, że oni mówią właśnie o twoim wspólniku.

— O moim wspólniku? — powtórzył Heyst z wolna.

— Właściwie nie. — Zdawała się równie zaskoczona, równie pełna wątpliwości, jak i on. — Nie; oni mówili o tobie; ale ja tego nie wiedziałam.

— Kto taki mówił? — spytał Heyst podniesionym głosem. — Kto mówił o mnie? Gdzie to było?

Przy pierwszym zapytaniu dźwignął się z pozycji leżącej, a przy ostatnim klęczał przed nią, przy czym głowy ich znalazły się na jednym poziomie.

— Naturalnie, że w tamtym mieście, w tamtym hotelu. Gdzieżby, jeśli nie tam — odrzekła.

Świadomość, że o nim mówiono, wprawiała zawsze Heysta w zdumienie, wobec uproszczonego pojęcia, jakie miał o sobie. Przez chwilę był tak zdziwiony, jakby wierzył rzeczywiście, że jest tylko cieniem prześlizgującym się wśród ludzi. Poza tym miał na wpół świadome przekonanie, że plotki wyspiarskie nie mogą go dosięgnąć.

— Ale z początku mówiłaś, że rozmawiano o Morrisonie — zauważył, przysiadając na piętach. Przestawało go to zajmować. — Dziwi mnie, że miałaś sposobność przysłuchiwać się rozmowom; myślałem, że nie widywałaś nigdy ludzi z miasta, chyba tylko z estrady podczas koncertu.