— Zapominasz że nie mieszkałam z innymi dziewczynami — odrzekła. — Po jedzeniu wracały wszystkie do pawilonu, a ja musiałam zostawać w hotelu i szyć, czy też zająć się czym innym, w pokoju gdzie rozmawiali.

— Nie przyszło mi to na myśl. Ale prawda, nie powiedziałaś mi jeszcze, kto to byli ci oni?

— No naturalnie, że ta wstrętna bestia z czerwoną twarzą — rzekła z niepohamowanym wstrętem, który budziła w niej każda myśl o hotelarzu.

— Ach, Schomberg! — mruknął niedbale Heyst.

— Rozmawiał ze starym — to znaczy z Zangiacomem. Musiałam czasem z nimi siedzieć. Ta jędza nie pozwalała mi odejść. Mówię o Zangiacomowej.

— Domyśliłem się — mruknął Heyst. — Lubiła dręczyć cię w najróżniejszy sposób. Ale to dziwne doprawdy, że hotelarz mówił do Zangiacoma o Morrisonie. O ile pamiętam, Morrison rzadko bywał w jego hotelu. Schomberg znał daleko lepiej wielu innych ludzi.

Dziewczyna wstrząsnęła się z lekka.

— To jedyne nazwisko, które wpadło mi w uszy. Odsuwałam się od nich tak daleko, jak tylko mogłam, w najdalszy kąt pokoju; ale ta bestia tak się darła, że nie mogłam nie usłyszeć. Chciałabym zapomnieć o wszystkim, co mówili. Gdybym była wstała i wyszła z pokoju, ta baba nie byłaby mnie pewno za to zabiła; ale skrzyczałaby mnie we wstrętny sposób. Byłaby mnie zasypała pogróżkami i obelgami. Kiedy tego rodzaju ludzie mają do czynienia z kimś bezsilnym, nic ich wstrzymać nie może. Nie wiem dlaczego tak jest, ale ze złymi ludźmi, co to się widzi, że są źli — nie umiem sobie poradzić. Mają taki jakiś sposób pognębiania człowieka. Boję się zła.

Heyst śledził na jej twarzy zmieniający się wyraz. Przytakiwał z głębokim zrozumieniem, trochę rozbawiony.

— Rozumiem cię doskonale. Nie potrzebujesz się usprawiedliwiać ze swojej wielkiej wrażliwości na okrucieństwo. Jestem w tym trochę do ciebie podobny.