— Nie jestem bardzo odważna — rzekła.

— No, no! nie wiem doprawdy, co bym zrobił — jaką bym miał minę — wobec istoty, którą bym uważał za wcielenie zła. Nie masz się czego wstydzić.

Odetchnęła, podniosła na niego blade, czyste spojrzenie i szepnęła z nieśmiałym wyrazem twarzy:

— Nie zdajesz się być ciekawym tego, co Schomberg opowiadał.

— O biednym Morrisonie? Nie mogło to być nic złego, bo ten biedak był wcieloną niewinnością. A przy tym, widzisz, Morrison nie żyje i nic go już nie obchodzi.

— Ależ powtarzam ci że on mówił o tobie — zawołała. — Mówił, że wspólnik Morrisona najpierw zabrał mu wszystko, co tylko się dało, a potem — a potem... no po prostu zamordował go — wysłał go gdzieś, gdzie tamten umarł!

— Uwierzyłaś temu? — spytał Heyst po chwili zupełnej ciszy.

— Nie wiedziałam że to ma z tobą coś wspólnego. Schomberg mówił o jakimś Szwedzie. Skądże miałam wiedzieć? Dopiero kiedy zacząłeś mi opowiadać, dlaczego tu przyjechałeś —

— A teraz masz już moją relację — Heyst silił się na spokój. — Więc to tak wyglądało! — mruknął.

— Przypominam sobie jak mówił, że każdy człowiek z tych okolic zna tę historię — dodała bez tchu.