Heyst ocknął się w nagłym wybuchu śmiechu, na którego dźwięk oczy Leny się rozszerzyły, jak gdyby się niezmiernie zdziwiła. Ale był to odruch machinalny; ani ją ten śmiech zdziwił, ani zaskoczył. W gruncie rzeczy rozumiała teraz Heysta lepiej niż kiedykolwiek, począwszy od chwili, gdy oczy jej pierwszy raz na nim spoczęły.

Śmiał się z pogardą.

— Co się ze mną dzieje? — zawołał. — Jak gdyby mnie mogło obchodzić, co ktokolwiek powiedział i w co wierzono od początku świata aż do dnia sądu ostatecznego!

— Nie słyszałam nigdy twego śmiechu — dopiero dzisiaj — zauważyła. — Już drugi raz się śmiejesz.

Dźwignął się z ziemi i górował nad nią całą postacią.

— To wszystko dlatego, że gdy ktoś wedrze się do czyjegoś serca, jak ty wdarłaś się do mojego, wtedy otwiera się droga dla wszystkich słabości — wstydu, gniewu, idiotycznych oburzeń, idiotycznych obaw — a także idiotycznego śmiechu. Ciekaw jestem, jak sobie ten śmiech tłumaczysz?

— Nie był wcale wesoły — rzekła. — Ale dlaczego gniewasz się na mnie? Czy żałujesz, że odebrałeś mnie tym bestiom? Powiedziałam ci przecież, kim jestem. I mogłeś sam to widzieć.

— Boże mój! — szepnął. Odzyskiwał panowanie nad sobą. — Zapewniam cię, że widziałem znacznie więcej, niż ty mi mogłaś powiedzieć. Widziałem wiele rzeczy, których dotychczas wcale nie podejrzewasz; tylko że ciebie na wskroś przejrzeć nie można.

Opuścił się na ziemię obok niej i ujął jej rękę. Pytała łagodnie:

— Czego chcesz jeszcze ode mnie?