— Wiem. Rozumiem. To było coś gorszego. Co się zaś tyczy zabójstwa, które w porównaniu z tym byłoby postępkiem względnie przyzwoitym — nie popełniłem go nigdy.
— Dlaczegoż byś miał je popełnić? — spytała zalęknionym głosem.
— Moja droga, nie znasz tego rodzaju życia, jakie prowadziłem w niezbadanych krajach, w dzikiej głuszy; trudno ci dać o tym pojęcie. Są ludzie, którzy nie byli nigdy w tak ciężkich opałach jak ja, a jednak musieli — przelewać krew, jak to się mówi. I w najdzikszej głuszy kryją się łupy nęcące ludzi; ale ja nie miałem żadnych zamiarów ani planów — ani nawet wielkiej stałości charakteru, która by uczyniła mnie zbyt upartym. Po prostu krążyłem tylko po ziemi, podczas gdy inni zapewne dokądś dążyli. Obojętność na drogi i cele czyni człowieka niejako miększym. I mogę powiedzieć także z całą szczerością, że nie dbałem nigdy — nie powiem o życie, gdyż zawsze pogardzałem tym, co ludzie tak nazywają — ale o to, by przy życiu pozostać. Nie wiem, czy to właśnie nazywa się odwagą; bardzo wątpię.
— Jak to! Ty nie jesteś odważnym? — zaprotestowała.
— Nie wiem doprawdy. W każdym razie nie mam tego rodzaju odwagi, która sięga zawsze po broń, bo nigdy nie było mi pilno użyć broni podczas kłótni, w które człowiek zaplątuje się czasem w najniewinniejszy sposób. Powody, dla których ludzie mordują się nawzajem, tak jak i wszystkie ludzkie czyny, są godne najwyższej pogardy i pożałowania, gdy się wstecz na nie spogląda. Nie — nie zabiłem nigdy mężczyzny i nie kochałem kobiety — nawet w myśli, nawet w marzeniu.
Podniósł jej rękę do ust i zatrzymał tak przez chwilą, a ona przysunęła się do niego trochę bliżej. Po tym przeciągłym pocałunku nie puścił już jej dłoni.
— Zabijać, kochać — oto najważniejsze sprawy w życiu mężczyzny! W żadnej z nich nie mam doświadczenia. Musisz mi wybaczyć wszystko, co wydało ci się niezręcznym w moim obejściu, nie dopowiedzianym w moich słowach i niestosownym w moim milczeniu.
Poruszył się niespokojnie, stropiony trochę jej zachowaniem, ale pełen wyrozumiałości; w tej chwili zupełnego spokoju odczuł, że trzymając tę rękę tak posłuszną jego woli, doznaje ściślejszego z Leną zespolenia aniżeli kiedykolwiek przedtem. Ale nawet i teraz błąkało się w nim poczucie pewnej niezupełności, której — zdawało się — nic nigdy nie usunie, owej nieuniknionej niedoskonałości wszystkich darów życia, czyniącej z nich złudzenia i sidła.
Nagle ścisnął gniewnie jej dłoń. Żartobliwa równowaga, wynikająca zarówno z dobrotliwości, jak i z pogardy, znikła z chwilą, gdy utracił swą gorzką wolność.
— Mówisz, że to nie jest morderstwo! I ja tak myślę. Ale gdym teraz — w rozmowie, którąś wywołała — wymienił to nazwisko i gdy zrozumiałaś, że mówiono o mnie, dziwnie cię to wzruszyło. Widziałem to dobrze.