— Przestraszyłam się trochę — rzekła.

— Niegodziwości mego postępowania? — spytał.

— Nie chciałabym ciebie sądzić; za nic w świecie.

— Doprawdy?

— Byłoby to tak, jakbym się ośmieliła sądzić wszystko, co tu jest. — Uczyniła ruch ręką, jak gdyby chciała objąć jednym gestem ziemię i niebo. — Nie mogłabym na to się ważyć.

Nastała cisza, przerwana wreszcie przez Heysta.

— I to ja! Właśnie ja miałem skrzywdzić śmiertelnie mego biednego Morrisona! — krzyknął. — Ja, który nie mogłem ścierpieć, aby jego uczucia zostały urażone. Ja, który szanowałem nawet jego szaleństwo! Tak, szaleństwo, po którym zostały te ruiny, leżące wzdłuż bulwaru w zatoce Czarnych Diamentów. Jakże mogłem inaczej postąpić? Uważał mnie wciąż za swego zbawcę; miał ustawicznie na końcu języka dozgonne zobowiązania dla mnie, aż palił mnie wstyd z powodu tej jego wdzięczności. Cóż na to mogłem poradzić? Chciał mi się gwałtem odpłacić tym przeklętym węglem; musiałem przyłączyć się do jego planu, jak gdybym brał udział w zabawie dzieci w dziecinnym pokoju. Nie mogłem dopuścić myśli o upokorzeniu go, tak jak nie można pomyśleć o upokorzeniu dziecka. I po co o tym wszystkim mówić! Naturalnie, że tutejsi ludzie nie mogli zrozumieć prawdziwego naszego stosunku. Ale co to ich mogło obchodzić? Zabić starego Morrisona! Byłoby mniej zbrodniczo, mniej niegodziwie — nie mówię już, że byłoby mniej trudno — zabić człowieka, niż podejść go w ten sposób. Czy to rozumiesz?

Skinęła głową lekko, ale raz po raz i z widocznym przekonaniem. Oczy Heysta spoczywały na niej badawczo; wzbierała w nich czułość.

— Ale nie popełniłem żadnego z tych czynów — ciągnął dalej. — Więc skąd twoje wzruszenie? Wyznajesz tylko, że nie chciałabyś mnie sądzić.

Zwróciła na niego zamglone, niewidzące szare oczy, w których zdziwienie jej nie odbijało się wcale.