— Mówię, że nie mogłabym ciebie sądzić — szepnęła.
— Ale pomyślałaś, że nie ma dymu bez ognia! — Przez żartobliwość jego tonu przebijało rozdrażnienie. — Cóż za siła musi być w słowach — i to słowach słyszanych od niechcenia — gdyż nie przysłuchiwałaś się ze specjalną uwagą, prawda? Co to były za słowa? Jakiż złośliwy wysiłek wyobraźni wpędził je w usta tego idioty z jego kłamliwego gardła? Gdybyś mogła je sobie przypomnieć, może by i mnie przekonały.
— Ależ nie przysłuchiwałam się wcale — zaprzeczyła. — Cóż mnie mogło obchodzić, co oni o kim mówili? Schomberg opowiadał, że nie widziano nigdy dwóch przyjaciół pozornie tak sobie oddanych jak wy obaj, i że później, kiedyś już wyciągnął z Morrisona wszystko, o co ci chodziło i kiedy ci się porządnie znudził, wypchnąłeś go do Anglii, aby tam umarł.
Oburzenie, podszyte jeszcze jakimś innym uczuciem, zabrzmiało w jej słowach wymówionych czystym, czarującym głosem. Umilkła nagle i spuściła długie, ciemne rzęsy, jakby się czuła śmiertelnie znużona i zgnębiona.
— Naturalnie, dlaczego by nie miało ci się znudzić to albo inne towarzystwo? Jesteś inny niż wszyscy ludzie — i myśl ta zabolała mnie nagle; ale wierzaj mi, nie pomyślałam o tobie nic złego. I —
Nagły ruch ręki, odrzucającej dłoń Leny, zatrzymał słowa na jej ustach. Heyst stracił znów panowanie nad sobą. Byłby krzyczał, gdyby to leżało w jego usposobieniu.
— Nie, doprawdy, ta ziemia wybrana jest najwidoczniej z pomiędzy wszystkich planet na wylęgarnię potwarzy, której by starczyło dla całego świata! Czuję wstręt do samego siebie, jak gdybym wleciał w jakąś plugawą dziurę. Brr! A ty — umiesz tylko powiedzieć, że nie chcesz mnie sądzić; że —
Lena podniosła głowę w odpowiedzi na ten wybuch, choć Heyst nie zwrócił się w jej stronę.
— Nie wierzę, aby było w tobie co złego — powtórzyła. — Nie mogłabym wierzyć.
Zrobił ruch, jakby chciał powiedzieć: