Ale i stamtąd nie było nic widać. Heyst błądził na próżno oczami po morzu. Taki był tym pochłonięty i skłopotany, że posłyszawszy hałas — jak gdyby ktoś gramolił się w łodzi ze stukotem wioseł i rei — czas jakiś nie ruszył się z miejsca. Gdy umysł jego pochwycił wreszcie znaczenie tego faktu, nietrudno było zlokalizować owe odgłosy. Wydobywały się z dołu — spod pomostu!

Pobiegł wstecz jakieś dwanaście jardów i zajrzał pod pomost. Wzrok jego padł prosto na rufę wielkiej łodzi, której większa część była ukryta pod belkami. Oczy Heysta napotkały chude plecy mężczyzny, zgiętego we dwoje nad rudlem w dziwacznej, niewygodnej pozie pełnej beznadziejnego smutku. Drugi człowiek, znajdujący się prawie tuż pod Heystem, na wpół leżał, wyciągnięty na wznak na tylnej ławce w poprzek łodzi, od burty do burty, przy czym głowa jego znajdowała się niżej od nóg. Ten drugi człowiek spoglądał dziko w górę i usiłował się podnieść, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa zbyt był pijany, aby się dźwignąć. Część łodzi wystająca spod pomostu zawierała także płaski, skórzany kufer, na którym spoczywały bezsilnie długie nogi pierwszego z mężczyzn. Wielki gliniany gąsior o otwartej, szerokiej szyjce wysunął się spod leżącego człowieka i potoczył po dnie łodzi.

Heyst nigdy w życiu jeszcze nie był tak zdziwiony. Wpatrywał się oniemiały w dziwną załogę. Zorientował się od razu, że ci ludzie nie są marynarzami. Mieli na sobie ubrania z białej dymki, rozpowszechnione w obrębie podzwrotnikowej cywilizacji, ale zjawienie się ich nie kojarzyło się z żadnym faktem, który by mógł wytłumaczyć ich obecność. Podzwrotnikowa cywilizacja nie miała z tym prawdopodobnie nic wspólnego. Przyjazd ich przypominał raczej jeden z tych mitów rozpowszechnionych w Polinezji, mitów o zdumiewających cudzoziemcach, którzy przybywają na wyspy jako bogowie czy demony, przynoszą dobro lub zło niewinnym mieszkańcom i darzą ich nieznanymi przedmiotami, wymawiając słowa nigdy przedtem nie słyszane.

Heyst zauważył obok łodzi hełm unoszący się na wodzie, który spadł najwidoczniej z głowy człowieka zgiętego we dwoje nad rudlem i odsłonił jego opaloną, chudą czaszkę. Na wodzie widać było także wiosło, wyrzucone prawdopodobnie przez leżącego mężczyznę, który gramolił się ciągle między ławkami. Heyst przestał dziwić się temu najazdowi i poświęcił mu całą uwagę należną trudnej zagadce. Postawił nogę na belce, i oparłszy łokieć o podniesione kolano, obserwował każdy szczegół. Gramolący się człowiek stoczył się z ławki, leżał przez chwilę bez ruchu i najnieoczekiwaniej dźwignął się na nogi. Zachwiał się oszołomiony, rozstawił ręce i wymówił bezdźwięcznie ochrypłym, sennym głosem: „Hallo!” Podniesiona jego twarz była spuchnięta i czerwona, skóra łuszczyła się na nosie i policzkach. Oczy spoglądały błędnie. Heyst spostrzegł plamy zaschłej krwi z przodu na jego białej kurtce, a także i na rękawie.

— Co panu jest? Czy pan ranny?

Tamten spojrzał w dół, zatoczył się — noga zaplątała mu się w duży korkowy kapelusz — i odzyskując przytomność, wydał chrapliwy, złowieszczy dźwięk — coś w rodzaju ponurego śmiechu.

— To nie moja krew. Umieram z pragnienia. Wyczerpani do ostatka. Pić, człowieku! Daj nam wody!

Pragnienie wyzierało nawet z samego dźwięku tych słów; brzmiały jak krakanie przerywane słabym, gardłowym szmerem, który ledwie sięgał uszu Heysta. Mężczyzna stojący w łodzi wyciągnął ręce, chcąc widocznie, aby Heyst pomógł mu wyleźć na pomost, i szepnął:

— Już raz próbowałem. Jestem za słaby. Upadłem.

Wang zbliżał się powoli wzdłuż pomostu, wytężając wzrok badawczo.