Nie mógł słyszeć jej przedtem; mimo to nie drgnął na ten szept niespodziany. Wsunął tylko z powrotem szufladę i nie spojrzawszy nawet przez ramię, rzekł spokojnie, tak reagując na jej obecność, jak gdyby zdawał sobie sprawę ze wszystkich poprzednich jej ruchów:
— Słuchaj, czy jesteś pewna, że Wang nie przechodził dziś wieczorem przez ten pokój?
— Wang? Kiedy?
— Po zostawieniu na schodach latarni.
— O nie. Pobiegł prędko. Patrzyłam za nim.
— A może przedtem — wówczas gdy byłem jeszcze z tymi podróżnymi? Co? Jak ci się zdaje?
— Chyba nie. Wyszłam na werandę zaraz po zachodzie słońca i siedziałam, póki nie wróciłeś.
— Mógł wpaść na chwilę do pokoju przez tylną werandę.
— Nic tu nie było słychać — rzekła. — A o co ci chodzi?
— Naturalnie że mogłaś nie usłyszeć. On umie być cichy jak cień, kiedy mu na tym zależy. Zdaje mi się, że potrafiłby wykraść poduszki spod naszych głów. Mógł tu być także i przed dziesięciu minutami.