— Co cię obudziło? Czyś słyszał jakiś hałas?

— Nie umiem tego powiedzieć. I zwykle się tego nie wie; ale chyba nie było żadnego hałasu. Zdaje mi się, że masz sen lżejszy ode mnie. Hałas, który by mnie obudził, byłby obudził cię także. Starałem się zachowywać jak najciszej. Co cię obudziło?

— Nie wiem — może to był sen. Obudziłam się z płaczem.

— A co ci się śniło?

Heyst zwrócił się w jej stronę z ręką opartą o stół. Jego okrągła, goła głowa tkwiła na potężnym karku siłacza. Lena nic nie odpowiedziała, jakby nie zauważyła pytania.

— Czego szukasz? — spytała z kolei poważnie.

Ciemne jej włosy, zaczesane gładko do tyłu, splecione były na noc w dwa grube warkocze. Heyst zauważył harmonijny kształt jej czoła, dostojną jego szerokość i matową biel. Było to czoło stworzone do rzeźby. Zachwyt zmącił na chwilę myśli Heysta. Wydało mu się, że jego odkrycia dotyczące tej dziewczyny są niewyczerpane — i następują w chwilach najmniej do tego odpowiednich.

Miała na sobie tylko bawełniany sarong62 tkany w ręku — jeden z nielicznych sprawunków Heysta, kupiony przed laty na Celebesie, gdzie wyrabiają te tkaniny. Przypomniał sobie o jego istnieniu dopiero po przybyciu Leny i wynalazł go na dnie starej skrzyni z drzewa sandałowego, którą kupił jeszcze przed zawiązaniem spółki z Morrisonem. Lena prędko się nauczyła zawijać się szczelnie w sarong aż po pachy, jak to czynią malajskie dziewczęta, idąc kąpać się w rzece. Barki jej i ramiona były nagie; jeden z warkoczy, zwisający z przodu, wyglądał prawie czarno na tle białej skóry. Ponieważ była wyższa od przeciętnych Malajek, sarong sięgał jej wysoko nad kostki. Stanęła w pół drogi między stołem a kotarą; nagie jej stopy połyskiwały jak marmur na pogrążonej w cieniu macie zaścielającej podłogę. Spadzistość oświetlonych bark63, silne i piękne linie ramion zwisających wzdłuż ciała miały przy jej nieruchomości coś posągowego — czar dzieła sztuki tętniącego życiem. Nie była bardzo wysoka — Heyst nazywał ją z początku w myślach „tą biedną dziewczynką” — ale wyzwolona z nędznej banalności białej, estradowej sukni, zawinięta w proste fałdy sarongu, miała w kształcie i proporcjach ciała coś, co przywodziło na myśl, że postać jej jest zmniejszoną kopią posągu nadnaturalnej wielkości.

Posunęła się o krok naprzód.

— Czego szukasz? — spytała znowu.