— Przypuszczam, że mnie nie obudziłeś, aby mi opowiadać o sobie.
— Nie, proszę pana. — Ricardo zamilkł na chwilę, trzymając koniec języka między zębami. — Nie zdaje mi się, żebym mógł powiedzieć panu o sobie coś, czego pan nie wie — ciągnął dalej. Z głosu jego przebijało jakieś wesołe zadowolenie, które znikło przy dalszych słowach. — Nie o mnie, ale o tamtym człowieku trzeba pomówić. On mi się nie podoba!
Nie zauważył błysku okropnego uśmiechu na ustach szefa.
— Nie podoba ci się? — mruknął pan Jones, którego twarz, wsparta na łokciu, była na jednym poziomie z wierzchem głowy Ricarda.
— Nie — odrzekł ten dobitnie. Świeca stojąca z drugiej strony pokoju rzucała jego potworny cień na ścianę. — Ten człowiek — nie umiem tego określić — nie ma w sobie nic serdecznego.
Pan Jones potwierdził leniwie po swojemu:
— Wygląda na bardzo opanowanego człowieka.
— Otóż to właśnie. Opanowa... — Ricardo zaciął się z oburzenia. — Zaraz bym mu wypuścił trochę tego opanowania przez dziurę między żebrami, tylko że to jest taka specjalna robota.
Pan Jones snuł przez ten czas własne myśli, zapytał bowiem:
— Czy myślisz, że jest podejrzliwy?