Patrzyła na niego w zdumieniu, nie rozumiejąc.

— Daj rękę — krzyknął.

Usłuchała; pochwycił ją z chciwością, aby podnieść do ust, lecz nagle puścił ją znowu. Patrzyli na siebie czas jakiś.

— Co ci jest, kochany? — szepnęła nieśmiało.

— Ani siły, ani przekonania — mruknął do siebie ze znużeniem. — Jakże mam zabrać się do tej czarująco prostej zagadki?

— Tak mi ciężko — szepnęła.

— I mnie także — wyznał szybko. — A najdotkliwszą stroną tego upokorzenia jest jego absolutna bezużyteczność, którą czuję — ach, jak czuję!

Nigdy jeszcze nie zdradził przed nią tak głębokich uczuć. Bladą jego twarz przekreślały długie wąsy płonące w cieniu. Nagle rzekł:

— Ciekaw jestem, czy miałbym dość odwagi, aby wkraść się między nich nocą z nożem w ręku i poderżnąć im kolejno gardła we śnie! Ciekaw jestem...

Przestraszyła się bardziej jego niezwykłym wyrazem twarzy niż tymi słowami i rzekła poważnie: