Przeraźliwy dźwięk ucichł.

— Gwizdy, wrzaski, szmery, sygnały, złowróżbne znaki — wszystko to nie ma żadnego znaczenia — rzekł Heyst. — A co się tyczy tego lewara — przypuśćmy, że go trzymam w ręku. Czy mógłbym przyczaić się za drzwiami — za tymi drzwiami — zmiażdżyć wysuwającą się zza nich głowę, rozpryskując krew i mózg po podłodze, po ścianach, a potem pobiec ukradkiem do tamtych drzwi i zrobić to samo — i jeszcze raz może powtórzyć tę scenę? Czyżbym mógł to zrobić? Na podstawie domysłu, bez litości, ze spokojem i stanowczością? Nie, nie jestem do tego zdolny. Przyszedłem na świat za późno. Czy chcesz, żebym to zrobił, póki trwa jeszcze mój tajemniczy urok, czy też niemniej tajemnicze ich wahanie?

— Nie, nie chcę! — krzyknęła gorąco, jakby zmuszona do odezwania się przez jego oczy wpatrzone w jej twarz. — Nie! Potrzebujesz noża, abyś mógł się obronić... jeszcze czas na to.

— I kto wie, czy to nie jest moim obowiązkiem? — zaczął znów, jakby nie słysząc wcale jej słów bez związku. — Może właśnie to jest moim obowiązkiem względem ciebie, względem siebie samego. Bo dlaczego pozwalać, aby mnie poniżali ukrytymi groźbami? Czy wiesz, co by świat na to powiedział?

Wybuchnął głuchym śmiechem, który ją przeraził. Byłaby wstała z krzesła, ale pochylił się nad nią tak nisko, że nie mogła się poruszyć, nie odepchnąwszy go przedtem.

— Powiedziałby, moja Leno, że ja — ten Szwed — wyprawiwszy przebiegle — przez chciwość — swego wspólnika i przyjaciela na tamten świat, zamordowałem ze strachu Bogu ducha winnych nieznajomych rozbitków. Oto historia, którą wszyscy szeptaliby sobie na ucho albo głośno rozpowiadali — którą rozpowszechniano by z pewnością — i w którą by wierzono, moja droga!

— Któż by mógł wierzyć w takie okropności?

— Ty może nie — a w każdym razie nie od razu; ale siła potwarzy wzrasta z czasem. Potwarz jest chytra i przemyślna. Potrafi nawet zniszczyć wiarę w samego siebie — przegryźć duszę.

Oczy Leny skoczyły nagle do drzwi i utkwiły w nich, z lekka rozszerzone i skamieniałe. Odwróciwszy głowę, Heyst ujrzał we drzwiach postać Ricarda.

Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło; wreszcie Heyst, powiódłszy wzrokiem od przybysza do siedzącej na krześle Leny, przedstawił ironicznie: