— Pozwól, moja droga: pan Ricardo.
Opuściła z lekka głowę. Ricardo podniósł rękę do wąsów. Głos jego wybuchnął z siłą w pokoju:
— Uniżony sługa pani!
Wszedł, zdejmując kapelusz szerokim gestem, i rzucił go niedbale na krzesło przy drzwiach.
— Uniżony sługa — powtórzył zupełnie innym tonem. — Nasz Pedro uprzedził mnie o obecności pani; nie wiedziałem, że będę miał zaszczyt zobaczyć panią dziś wieczorem.
Lena i Heyst obserwowali go ukradkiem, ale Ricardo unikał wzroku obojga i zdawał się ścigać zamglonym wzrokiem jakiś punkt w przestrzeni.
— Przyjemny spacer mieli państwo? — zapytał nagle.
— Tak. A pan? — odparł Heyst, który zdołał wzrok pochwycić.
— Ja? Nie odszedłem ani na krok od szefa przez całe popołudnie aż do tej chwili. — Szczerość jego akcentu zaskoczyła Heysta, ale nie przekonała go o prawdzie tych słów. — A dlaczego pan pyta? — ciągnął Ricardo tonem szczerej naiwności.
— Mógł pan wybrać się na zwiedzenie wyspy — rzekł Heyst, obserwując sekretarza, który — należy mu to przyznać — nie starał się uchylać swego wzroku. — Pozwolę sobie panu przypomnieć, że taka wycieczka nie byłaby bezpieczna.