Ricardo wyglądał jak wcielenie naiwności.

— Aha! Pan ma na myśli tego Chińczyka, który uciekł od pana. To głupstwo!

— On ma rewolwer — zauważył Heyst z naciskiem.

— Przecież i pan ma także rewolwer — odparł nieoczekiwanie pan Ricardo. — Ale ja sobie tym głowy nie zawracam.

— Ja? To zupełnie co innego. Ja się pana nie boję — odrzekł Heyst po krótkim milczeniu.

— Mnie się pan nie boi?

— Żadnego z was.

— Pan ma dziwny sposób stawiania kwestii — zaczął Ricardo.

W tej chwili drzwi od podwórza otwarły się dość hałaśliwie i wszedł Pedro, przyciskając do piersi brzeg naładowanej tacy. Wielki jego, włochaty łeb chwiał się trochę a nogi stukały mocno o podłogę. Wejście Pedra wpłynęło zapewne na bieg myśli Ricarda, w każdym zaś razie na jego słowa.

— Słyszeliście państwo, jak gwizdnąłem przed chwilą na dworze? To był znak dla niego, że czas już podać obiad; i oto jest.