Zaledwie się odwrócił, Ricardo odnalazł pod stołem rękę Leny. Nie patrzył w jej stronę, lecz młoda kobieta poczuła dłoń szukającą nerwowo jej dłoni i nagły chwyt palców nad przegubem. Pochylił się nieco naprzód ale nie śmiał na nią spojrzeć. Baczny jego wzrok tkwił ciągle w plecach Heysta. Niezmiernie cichym, pogardliwym sykiem wypowiedział jako argument myśl, która opanowała go całkowicie:

— Widzi pani, on jest do niczego! Nie takiego trzeba pani człowieka!

Spojrzał na nią nareszcie. Wargi jej poruszyły się z lekka; zląkł się tego niemego ruchu. W następnej chwili usunęły się palce trzymające rękę Leny mocnym chwytem. Heyst zamknął drzwi. Idąc ku stołowi, minął się z kobietą, którą nazywano Almą — nie wiedziała dlaczego — a także i Magdaleną; z kobietą, która tak długo nie mogła odgadnąć, po co właściwie istnieje. Nie zastanawiała się już teraz nad tą gorzką zagadką, którą rozwiązało jej serce, przeniknięte oślepiającym, rozgorzałym żarem namiętnego postanowienia.

X

Lena przeszła obok Heysta jakby oblepiona dosłownie jakimś tajemniczym, posępnym i niszczącym blaskiem, w który się miała pogrążyć. Kotara w drzwiach sypialni opadła za nią sztywnymi fałdami. Bezmyślny wzrok Ricarda zdawał się śledzić muchę pląsającą przed nim w powietrzu.

— Prawda jak ciemno na dworze? — mruknął.

— Jednak dość jasno, abym mógł widzieć, jak ten pański człowiek tam się kręci — rzekł Heyst powściągliwym tonem.

— Niby Pedro? Z trudem można go nazwać człowiekiem; gdyby nie to, nie lubiłbym go tak, jak go lubię.

— Bardzo pięknie. Więc nazwijmy go pańskim szacownym wspólnikiem.

— Aha! Szacowny to on jest — sprawia się dobrze. W bójce można mieć z Piotra wielką pociechę. Jak nie warknie, jak się nie rzuci z zębami — o rety! Więc pan nie życzy sobie, żeby się tu kręcił?