— Nie życzę sobie.

— Chce pan, żeby stąd poszedł? — dopytywał Ricardo z przesadną naiwnością, którą Heyst przyjmował spokojnie; ale powietrze w pokoju wydawało się cięższe z każdym wymówionym słowem.

— Właśnie. Chcę, żeby stąd poszedł. — Heyst zmuszał się do spokojnego tonu.

— E, to nic wielkiego. Możemy się obejść bez Pedra. Interes mojego szefa da się załatwić w ciągu dziesięciu minut rozmowy z... z drugim prawdziwym Panem. Przez spokojną rozmowę!

Podniósł nagle złe, fosforyzujące oczy. Twarz Heysta ani drgnęła. Ricardo powinszował sobie, że nie wziął rewolweru. Taki był rozjątrzony, że nie wiedział, na co mógłby się ważyć. Rzekł wreszcie:

— Więc pan chce, aby biedny, niewinny Piotr poszedł sobie precz, nim zaprowadzę pana do szefa — o to panu chodzi?

— Tak, właśnie o to.

— Hm! Widać od razu, że pan jest prawdziwym panem — ciągnął Ricardo z ukrytym jadem — ale wszystkie te pańskie fanaberie mogłyby stanąć kością w gardle zwykłemu człowiekowi. Zresztą — niech tam. Wybaczy pan...

Wsadził palce do ust i wydał gwizd, który ugodził w bębenek Heysta jak cienka, ostra strzała powietrza. Ricardo ucieszył się bardzo z mimowolnego grymasu Szweda i czekał w niewzruszonym spokoju na skutek swego wezwania.

Pedro wpadł z gwałtownym, nieokrzesanym, pierwotnym impetem. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i ukazała się w nich dzika postać, gotowa rzucić się i w kilku skokach spustoszyć cały pokój; ale Ricardo podniósł otwartą dłoń i potwór wszedł spokojnie. Olbrzymie jego, na wpół otwarte łapy kołysały się przed pochylonym torsem. Ricardo spojrzał na niego z wściekłością.