— To przez ostrożność — rzekł pan Jones zwykłym swym, głuchym tonem, ze śmiertelnym spokojem na twarzy. — Człowiek prowadzący tak swobodne życie jak pan zapewne to zrozumie. Wprawdzie jest pan osobą, o której dużo się mówi, panie Heyst, lecz o ile zrozumiałem, przyzwyczaił się pan używać delikatniejszej broni, a mianowicie inteligencji; nie mogę jednak narażać się na skutki zastosowania przez pana metody... hm... bardziej brutalnej. Za mało jestem bezwzględny, aby sprostać panu w walce na inteligencję; ale zapewniam pana, panie Heyst, że w tej drugiej metodzie pan mi nie dorówna. Trzymam pana na celu — już od chwili, kiedy pan wszedł do pokoju. Tak; celuję w pana z kieszeni.

Podczas tej rozmowy Heyst spojrzał spokojnie przez ramię, zrobił krok w tył i usiadł w nogach polowego łóżka. Oparłszy się łokciem o kolano, objął dłonią policzek i zdawał się obmyślać, co powie. Pan Jones, oparty o ścianę, czekał najwidoczniej, aby Heyst zaczął mówić. Wobec jego milczenia postanowił sam się odezwać; ale namyślał się jeszcze. Bo choć uważał, że najtrudniejszy krok już jest zrobiony, należało jednak posuwać się naprzód z niezmierną ostrożnością, aby ten człowiek — według określenia Ricarda — nie „stanął dęba”, co byłoby w najwyższym stopniu niedogodne. Powtórzył swoje poprzednie oświadczenie:

— Jestem człowiekiem, z którym trzeba się liczyć.

Tamten patrzył wciąż w podłogę, jakby był sam w pokoju. Nastąpiła pauza.

— Więc pan słyszał o mnie? — rzekł wreszcie Heyst, podnosząc oczy.

— Ja myślę! Mieszkaliśmy w hotelu Schomberga.

— Schom — — — Heyst utknął w środku słowa.

— Co panu jest, panie Heyst?

— Nic; mam mdłości — rzekł Heyst z rezygnacją, wracając do poprzedniej pozy wyrażającej obojętność i zadumę. — Co znaczą te pańskie słowa, że trzeba się z panem liczyć? — spytał po chwili tonem jak najspokojniejszym. — Ja pana nie znam.

— Widać od razu, że należymy do tej samej — sfery — zaczął pan Jones z omdlewającą ironią, maskującą czujność wytężoną do ostatecznych granic. — Coś musiało wyrzucić pana poza nawias — może oryginalność pańskich zapatrywań. A może pańskie upodobania.