Pan Jones pozwolił sobie na okropny swój uśmiech. Jego rysy miały w spokoju ciekawy wyraz złej, znużonej surowości; ale gdy się uśmiechał, twarz jego nabierała czegoś dziecinnego i przykrego. Ponowny, silniejszy jeszcze grzmot wtargnął hałaśliwie do pokoju i zamarł w oddali.
— Jakoś nie bierze pan tego z dobrej strony — rzekł pan Jones, ale pomyślał jednocześnie, że interes rozwija się całkiem pomyślnie. Ten człowiek — rzekł do siebie — nie ma odwagi stanąć do walki. Ciągnął głośno dalej: — Jakże to? Przecież pan się nie spodziewa, że wszyscy będą zawsze panu ulegali. Pan jest człowiekiem światowym.
— A pan? — przerwał mu niespodziewanie Heyst. — Jak pan siebie określi?
— Ja, mój panie? W pewnym znaczeniu... tak, w pewnym znaczeniu jestem światem we własnej osobie, który przybył złożyć panu wizytę. W innym znów znaczeniu jestem wygnańcem — prawie wyrzutkiem społeczeństwa. Jeśli zaś pan woli pogląd mniej materialistyczny, jestem czymś w rodzaju losu — odwetem, który czeka na swoją godzinę.
— Pragnąłbym z duszy, aby pan był najpospolitszym łotrem! — rzekł Heyst, podnosząc spokojny wzrok na pana Jonesa. — Można by wówczas z panem wręcz się rozmówić i spodziewać się niejakiej ludzkości. A tu tymczasem...
— Nie cierpię gwałtu i wszelkiej dzikości tak jak i pan — oświadczył pan Jones, który opierał się wprawdzie omdlewająco o ścianę, lecz przemawiał silnym głosem. — Może pan zapytać mojego Marcina, czy tak nie jest. Żyjemy, proszę pana, w wieku pełnym łagodności. A przy tym nasz wiek jest pozbawiony przesądów. Słyszałem, że i pan jest od nich wolny. Niech pan się nie zgorszy, jeśli powiem panu wyraźnie, że dybiemy na pańskie pieniądze — czy też ja sam na nie dybię, jeśli pan woli złożyć na mnie całą odpowiedzialność. Pedro, naturalnie, wie o tym tyle, co i każde inne zwierzę. Ricardo zaś należy do gatunku wiernych giermków — zgadza się ze mną bezwzględnie we wszystkich moich myślach, życzeniach, a nawet fantazjach.
Pan Jones wyciągnął z kieszeni lewą rękę, wyjął chustkę z drugiej kieszeni i zaczął obcierać pot z czoła, karku i brody. Był tak podniecony, że widać było, jak oddycha. W długim szlafroku wyglądał na rekonwalescenta, który lekkomyślnie przecenił swoje siły. Heyst — krzepki, o szerokich barach — przypatrywał mu się bardzo spokojnie, siedząc w końcu polowego łóżka z rękami na kolanach.
— Ale prawda — rzekł — gdzież on jest, ten pański giermek? Włamuje się do mego biurka?
— To by było brutalne. Ale cóż, brutalność jest jednym z warunków życia — ton szefa Ricarda był z lekka drwiący. — Możliwe to, ale nieprawdopodobne. Marcin jest trochę brutalny; natomiast pan, panie Heyst, wcale nie jest brutalny. Bogiem a prawdą, nie wiem właściwie, gdzie jest Marcin. W ostatnich czasach był trochę tajemniczy; ale pokładam w nim całkowite zaufanie. Nie! Niech pan nie wstaje, panie Heyst!
Złowrogość upiornej twarzy pana Jonesa była wręcz nieopisana. Heyst, który poruszył się był z lekka, zdumiał się tym odkryciem.