— Nie miałem zamiaru wstawać — rzekł.

— Proszę uprzejmie, aby pan siedział — nalegał pan Jones omdlewającym głosem, lecz w czarnych jamach jego oczu pojawiły się stanowcze błyski.

— Gdyby pan był lepszym obserwatorem — rzekł Heyst z chłodną pogardą — byłby pan od razu wymiarkował, że nie mam przy sobie żadnej broni.

— Możliwe; ale proszę, niech pan nie rusza rękami. Bardzo im dobrze tam, gdzie są. To dla mnie za gruba afera, abym mógł ryzykować.

— Gruba afera? — powtórzył Heyst ze szczerym zdumieniem. — Mój Boże! Tego, o co wam chodzi, bardzo tu jest mało — i w ogóle nie ma tu nic wartościowego.

— Naturalnie, że pan musi tak mówić — ale my słyszeliśmy zupełnie co innego — odparł natychmiast pan Jones z tak okropnym grymasem, że niepodobna było uważać go za rozmyślny.

Twarz Heysta sposępniała. Zmarszczył brwi.

— Co pan słyszał? — zapytał.

— Mnóstwo rzeczy, proszę pana, mnóstwo rzeczy — oświadczył pan Jones. Usiłował powrócić do swego omdlewającego tonu pełnego wyższości. — Słyszeliśmy na przykład o niejakim Morrisonie, pańskim dawnym wspólniku.

Heyst nie mógł pohamować lekkiego ruchu.