Drgnął na dźwięk głosu pana Jonesa.

— Na przykład opowiadanie, że Chińczyk uciekł z pańskimi pieniędzmi, byłoby z pańskiej strony zupełnie bezcelowe. Człowiek, mieszkający na wyspie sam na sam z Chińczykiem, postara się ukryć dobrze tego rodzaju majątek — tak, aby nawet sam diabeł...

— Oczywiście — mruknął Heyst.

Pan Jones wytarł sobie po raz drugi lewą ręką kościste czoło, patykowaty kark, szczęki podobne do brzytwy i wychudłą brodę. Głos jego znów się załamał, a wygląd stał się jeszcze bardziej smętny i złowrogi, jak u złego, bezlitosnego trupa.

— Rozumiem, o co panu chodzi — krzyknął — ale niech pan się nie spuszcza zanadto na swój spryt77. Pan nie wygląda mi na bardzo sprytnego, panie Heyst. Ja też sprytny nie jestem. Zdolności moje biegną po innej linii. Za to Marcin...

— Który zajęty jest w tej chwili plądrowaniem w moim biurku...

— Chyba nie. Chciałem właśnie powiedzieć, że Marcin znacznie jest sprytniejszy od Chińczyka. Czy pan wierzy w wyższość rasy, panie Heyst? Co do mnie, wierzę stanowczo. Marcin jest jedyny do wyszperania takich sekretów, jak na przykład pańskie.

— Takich sekretów jak moje! — powtórzył gorzko Heyst. — Więc życzę mu, żeby był zadowolony z tego, co wyszpera.

— To bardzo uprzejmie z pańskiej strony — zauważył pan Jones, który zaczynał już wzdychać do powrotu Marcina. Choć przy stoliku do gry odznaczał się niezwykłym opanowaniem, choć był nieustraszony w nagłej bójce, przekonał się, że ta nieco specjalna robota wyczerpuje mu nerwy.

— Siedź pan spokojnie na miejscu! — krzyknął ostro.