— Powiedziałem panu, że nie mam broni — rzekł Heyst, krzyżując ramiona na piersiach.
— Jestem doprawdy skłonny panu uwierzyć — zgodził się poważnie pan Jones. — To dziwne! — rozmyślał głośno, zwracając na Heysta ciemne jamy oczów78. Wtem dodał: — Ale mam cel określony: zatrzymać pana w tym pokoju. Niech pan nieostrożnym ruchem nie doprowadzi do tego, abym strzaskał panu kolano, albo w ogóle zrobił coś w tym rodzaju. — Przesunął język po wargach, które były suche i czarne, podczas gdy czoło połyskiwało wilgocią. — Nie wiem, czy nie byłoby lepiej zrobić to od razu.
— Człowiek, który rozmyśla, jest zgubiony — rzekł Heyst z szyderczą powagą.
Pan Jones puścił uwagę mimo uszu. Zdawało się, że jest pogrążony w rozpamiętywaniu.
— Nie mogę mierzyć się z panem na siłę — rzekł z wolna, utkwiwszy czarny wzrok w człowieku siedzącym w nogach łóżka. Mógłby pan skoczyć...
— Czy pan chce wzbudzić w sobie strach? — spytał Heyst znienacka. — Zdaje mi się, że panu brakuje odwagi do działania. Czemuż pan zaraz tego nie zrobi?
Pan Jones, srodze obrażony, parsknął jak dziki kościotrup.
— Może to panu wydać się dziwnym, ale nie robię tego z powodu mego pochodzenia, wychowania, tradycji, dawnych stosunków i tym podobnych drobnostek. Nie każdy umie się pozbyć przesądów dżentelmena z taką łatwością jak pan, panie Heyst. Niech się pan nie troszczy o moją odwagę. Gdyby pan na mnie skoczył, dostałby pan — wpół drogi powietrznej, że się tak wyrażę — coś, co uczyniłoby pana najzupełniej nieszkodliwym przy lądowaniu. Nie — nie trzeba, aby pan się co do nas mylił, panie Heyst. Jesteśmy właściwie — hm — bandytami; i chodzi nam o owoce pańskiej pracy jako — hm — szczęśliwego oszusta. Tak to już jest na świecie: raz bierz, raz dawaj!
Pochylił ciężko głowę na lewe ramię. Zdawało się, że wyczerpał już swoją żywotność, że nawet jego powieki zapadły się jeszcze głębiej w kościstych jamach. Tylko cienkie, jadowite, cudownie zarysowane brwi z lekka ściągnięte, zdradzały wolę i zdolność ukąszenia — jakieś śmiertelne, nieprzezwyciężone zło.
— Owoce! Oszust! — powtórzył Heyst obojętnie i prawie bez pogardy. — Zadajecie sobie niezmierny trud, pan i pański wierny giermek — aby zgnieść pusty orzech. Nie ma tu żadnych „owoców”, jak to sobie wyobrażacie. Jest tylko kilka funtów, które możecie wziąć, jeśli chcecie: i ponieważ pan nazwał siebie bandytą...