— Czy ja walczyłem z panem? — zapytał ze znużeniem. — Jakże pan może się spodziewać, że przypiszę jakiekolwiek znaczenie pańskim słowom? Wydaje mi się pan wynaturzonym, nieczułym bandytą. Nie posługujemy się tym samym językiem. Gdybym panu powiedział, z jakiej przyczyny tu jestem i mówię do pana, nie uwierzyłby mi pan, ponieważ by pan nie zrozumiał. Przyczyną tą nie jest w żadnym razie miłość do życia, z którym już dawno wziąłem rozbrat — choć może nie dość zupełny; ale jeśli chodzi o pańskie życie, powtarzam panu, że z mojej strony niebezpieczeństwo nie groziło panu ani przez chwilę. Nie mam żadnej broni.
Pan Jones przygryzł dolną wargę w głębokiej zadumie. Upłynęła dobra chwila, nim spojrzał na Heysta.
— Co? Nie ma pan broni? — Nagle wybuchnął gwałtownie: — Mówię panu, że człowiek z towarzystwa nie może się mierzyć z pospolitym stadem. A jednak trzeba się nimi posługiwać. Nie ma pan broni, co? A przypuszczam, że ta pańska dziewczyna to coś bardzo pospolitego. Nie wydaje mi się prawdopodobnym, aby ją pan wyłowił w jakim salonie. Zresztą one są wszystkie jednakowe. Więc pan nie ma broni! Szkoda. Jestem w daleko większym niebezpieczeństwie niż to, które panu grozi, czy też groziło przedtem — chyba że grubo się mylę. Ale nie mylę się — znam swojego człowieka!
Twarz jego straciła bezmyślny wygląd; sypnął gradem ostrych wykrzykników, które wydały się Heystowi jeszcze bardziej obłąkane od wszystkiego, co mówił poprzednio.
— Na śladzie! Na tropie! — krzyknął, zapominając się do tego stopnia, że zaczął tańczyć z wściekłością na środku pokoju.
Heyst przypatrywał mu się jakby urzeczony przez ten szkielet w jaskrawym szlafroku, poruszający się konwulsyjnie niby groteskowa zabawka na końcu niewidzialnego sznurka. Nagle pan Jones uspokoił się.
— Powinienem był zwąchać, co się święci. Wiedziałem zawsze, że stamtąd przyjdzie niebezpieczeństwo. — Przeszedł nagle do poufnego tonu, utkwiwszy grobowy wzrok w Heyście. — A jednak osaczył mnie ten drab — jak najgłupszego z idiotów. Strzegłem go zawsze przed takimi przeklętymi wpływami i mimo wszystko złapał mnie w potrzask. Golił się pod moim nosem — i nic nie odgadłem!
Przeraźliwy śmiech, który rozległ się po ściszonych, poufnych zwierzeniach, brzmiał tak wyraźnie po wariacku, że Heyst wstał jak pod działaniem sprężyny. Pan Jones odstąpił o parę kroków, ale nie wyglądał na zaniepokojonego.
— To jasne jak dzień! — wyrzekł żałośnie i zamilkł.
Framuga drzwi za Jonesem zamigotała sinym blaskiem i odgłosy, jak gdyby bitwy morskiej, toczonej gdzieś na dalekim horyzoncie, wypełniły gorączkową pauzę. Pan Jones przechylił głowę na ramię. Nastrój jego zmienił się zupełnie.