— I cóż pan powie, bezbronny człowieku? Czy pójdziemy zobaczyć, co tam zatrzymuje tak długo mego wiernego Marcina? Prosił, abym zabawiał pana przyjacielską rozmową, póki nie zbada dostatecznie tego tropu. Ha, ha, ha!
— Plądruje z pewnością po moim domu — rzekł Heyst.
Był oszołomiony. Zdawało mu się, że wszystko to jest zagadkowym snem, lub może obmyślonym do najdrobniejszych szczegółów żartem nie z tego świata, uknutym przez upiora we wspaniałym szlafroku.
Pan Jones spojrzał na Heysta z ohydnym, trupim uśmiechem, pełnym niezbadanej ironii i wskazał na drzwi. Heyst wyszedł pierwszy. Uczucia jego tak się przytępiły, że wszystko mu było jedno, kiedy dostanie kulą w plecy.
— Jak duszno! — rozległ się obok niego głos pana Jonesa. — Ta idiotyczna burza denerwuje mnie. Cieszyłbym się, gdyby zaczęło padać, choć zmoknąć jest niemiło. Przy tym te nieznośne grzmoty mają dobrą stronę: zagłuszają nasze kroki. Błyskawice są mniej wygodne. Oho, jaki pański dom oświetlony! Mój sprytny Marcin używa na pańskich świecach. On należy do tej sfery, która nie uznaje ceremonii, sfery pozbawionej wdzięku, niegodnej zaufania i tak dalej.
— To ja zostawiłem palące się świece, aby oszczędzić mu fatygi.
— Pan rzeczywiście przypuszczał, że on przyjdzie do pańskiego domu? — spytał pan Jones ze szczerym zainteresowaniem.
— Byłem o tym przekonany. Z pewnością jest tam i teraz.
— A panu to nie przeszkadza?
— Nie!