— Nie spodziewałam się, że mi pan kiedy tę rzecz powierzy!

— Dlaczegoż by nie?

— Z obawy, abym znienacka nie ugodziła tym pana.

— Dlaczegoż by? Za tę ranną historię? Nigdy w życiu! Ty się nie będziesz mścić za to. Przebaczyłaś mi przecież. Ocaliłaś mnie! I wzięłaś nade mną górę. Zresztą coby ci z tego przyszło?

— Nic — przyznała.

Czuła w głębi serca, że nie umiałaby użyć sztyletu; że gdyby przyszło do walki, musiałaby go rzucić i bronić się gołymi rękoma.

— Posłuchaj: kiedy puścimy się w świat, będziesz mnie zawsze nazywała mężem. Słyszysz?

— Tak — rzekła, zbierając siły do walki, w jakiejkolwiek by nadeszła postaci.

Nóż leżał na jej kolanach. Lekkim poruszeniem nóg ukryła go w fałdach sukni i złożyła ręce ze splecionymi palcami na kolanach, które zacisnęła rozpaczliwym ruchem. Groźny przedmiot znikł nareszcie z widoku. Poczuła, że pot oblewa ją całą.

— Ja tam nie będę się krył z tobą jak ten nicpoń, ten laluś, ten kpiarz. Będziesz moją dumą i moim kompanem. Czy to nie lepszy los niż gnić na tej wyspie dla pańskiej przyjemności i czekać aż ten Szwed puści cię kantem?