— Będę, czym tylko pan zechce — rzekła.

W upojeniu podpełzał coraz bliżej za każdym jej słowem, za każdym poruszeniem.

— Daj mi nogę — żebrał nieśmiałym szeptem w pełnym poczuciu swej władzy nad nią.

Niech się dzieje co chce, myślała Lena, byle tylko rozbroić i uniemożliwić mord — póki siły nie wrócą do jej członków, póki nie zdobędzie się na decyzję. Odporność jej osłabła wskutek łatwości, z jaką jej przyszło zwycięstwo. Wysunęła nieco stopę spod brzegu sukni; Ricardo rzucił się na nią chciwie. Nie zdała sobie nawet z tego sprawy. Myślała o lesie, do którego Heyst kazał jej uciekać. Tak, las — tam należało ujść z groźnym łupem, żądłem pokonanej śmierci. Ricardo obejmował jej nogę w kostce, przyciskając raz po raz usta do podbicia, szepcząc zdyszane słowa na kształt szlochów, wydając dźwięki wyrażające jak gdyby zmartwienie i rozpacz. Żadne z nich nie słyszało grzmotu, który warczał w oddali, modulując gniewnie potężny swój głos. Cały świat na zewnątrz wstrząsał się nieustannie wokół martwej ciszy pokoju, gdzie profil ojca Heysta, ujęty w ramy, patrzył surowo w przestrzeń.

Nagle Ricardo poczuł kopnięcie nogi, którą pieścił — kopnięcie tak gwałtowne pod szyją, że pchnięty wstecz znalazł się od razu w wyprostowanej, klęczącej pozycji. Wyczytał grożące mu niebezpieczeństwo z kamiennych oczu Leny i w chwili, gdy zrywał się na nogi, posłyszał wyraźnie na tle groźnego ryku burzy krótki odgłos strzału, który częściowo ogłuszył go jak uderzenie. Odwrócił rozpaloną głowę i ujrzał Heysta stojącego we drzwiach. Mignęło mu przez głowę, że ten drab stanął dęba. Przez jakąś część sekundy patrzył w oszołomieniu na podłogę, szukając noża. Nie mógł go dojrzeć.

— Dźgnij go ty! — zawołał do Leny ochrypłym głosem i rzucił się na oślep ku tylnym drzwiom.

Był to odruch samozachowawczego instynktu, ale rozum mówił Ricardowi, że nie ujdzie żywy z pokoju. Jednak dopadł drzwi, które rozwarły się z hukiem pod jego ciężarem, i natychmiast zatrzasnął je za sobą. Wówczas oparł się o nie ramieniem, z rękami na klamce, ogłuszony i samotny wśród nocy pełnej wstrząsów i mrukliwych gróźb, i usiłował się opamiętać. Starał się zdać sobie sprawę, czy dostał tylko jeden postrzał. Ramię jego było mokre od krwi cieknącej z głowy. Obmacał czaszkę nad uchem i stwierdził, że został tylko draśnięty, ale nagłość całego zajścia pozbawiła go sił na chwilę.

Cóż u diabła działo się z szefem, że pozwolił grasować temu drabowi? A może szef — już nie żyje?

Cisza panująca w pokoju przerażała go. Nie było mowy, aby mógł tam wrócić.

— Ale ona potrafi dać sobie radę — mruknął.