— Pan znał dobrze zmarłego barona Heysta?

— Właściwie to nikt z tutejszych ludzi nie może się pochwalić, że znał go dobrze — rzekł Davidson. — To był dziwny człowiek. Wątpię, czy on sam zdawał sobie z tego sprawę, jaki jest dziwny. Ale wszyscy wiedzieli, że czuwam nad nim z życzliwością. Dlatego też doszło mnie ostrzeżenie, które sprawiło, że zawróciłem z drogi w środku podróży i popłynąłem do Samburanu; ale, niestety, przybyłem już za późno.

Nie rozwodząc się nad tym szeroko, Davidson wyjaśnił dygnitarzowi słuchającemu go z uwagą, że pewna kobieta, żona niejakiego Schomberga, właściciela hotelu, usłyszała jak dwóch rzezimieszków-szulerów wypytywało jej męża o dokładne położenie wyspy. Doszło jej uszu tylko kilka słów tyczących się sąsiedniego wulkanu, ale to wystarczyło, aby obudzić jej podejrzenia, „którymi”, ciągnął Davidson, „podzieliła się ze mną, ekscelencjo. Okazało się, że te podejrzenia były aż nadto słuszne!”

— To bardzo sprytnie ze strony tej kobiety — zauważył wielki człowiek.

— Ona jest daleko sprytniejsza, niż ludzie na ogół przypuszczają — rzekł Davidson.

Ale powstrzymał się od wyjawienia właściwej przyczyny, która pobudziła władze umysłowe pani Schomberg. Biedna kobieta bała się śmiertelnie, aby Lena nie znalazła się znowu w pobliżu zadurzonego Wilhelma. Davidson powiedział tylko ekscelencji, że niepokój Schombergowej i jemu się udzielił; wyznał także, iż w drodze na Samburan ogarnęły go wątpliwości, czy podejrzenia jej są ugruntowane.

— Dostałem się w jedną z tych głupich burz, które krążą często koło wulkanu, i z trudnością przybiłem do brzegu — opowiadał Davidson. — Musiałem wjechać wolniutko i prawie po omacku do Zatoki Diamentów. Zdaje mi się, że nikt nie byłby mógł usłyszeć jak spuszczałem kotwicę, nawet gdyby mnie oczekiwano.

Przyznał, że powinien był wysiąść natychmiast; ale na brzegu panowała zupełna ciemność i spokój absolutny. Zawstydził się swej impulsywności. Jakby to głupio wyglądało, gdyby obudził człowieka wśród nocy tylko po to, aby go zapytać, jak się miewa! A przy tym, wobec tego że na wyspie przebywała kobieta, obawiał się by Heyst nie uznał jego wizyty za niczym nieusprawiedliwione natręctwo.

Pierwszą oznaką, świadczącą że dzieje się coś niedobrego, była wielka, biała łódź z trupem bardzo kudłatego człowieka, niesiona prądem i obijająca się o kadłub parowca. Davidson spostrzegł ją i, nie tracąc już czasu, wysiadł natychmiast na brzeg — sam, naturalnie, przez delikatność.

— Przyszedłem w samą porę, aby być przy śmierci tej biednej dziewczyny, opowiadałem już o tym ekscelencji — ciągnął Davidson. — Nie będę mówił, co działo się potem z Heystem. Rozmawiał ze mną. Zdaje się, że jego ojciec miał lekkiego bzika i przewrócił w głowie synowi jeszcze w czasach wczesnej młodości. Ciekawy był człowiek z tego Heysta. Ostatnie słowa, które powiedział do mnie, gdy wyszliśmy na werandę, były: