— „Ach, panie Davidson — biada człowiekowi, którego serce nie nauczyło się za młodu ufać, kochać — i pokładać w życiu nadzieję!”

— Gdy staliśmy tam, chwilę przedtem, nim go opuściłem — powiedział mi bowiem, że chce pozostać sam ze swoją zmarłą — usłyszeliśmy burkliwy głos, wołający od strony krzaków porastających wybrzeże:

— „Czy to pan, proszę pana?”

— „Tak, to ja”.

— „Ojej! Myślałem, że ten łotr skończył już z panem. Stanął dęba i o mało co nie dał mi rady. Od tej chwili skradałem się tędy i owędy, szukając pana”.

— „A ja tu jestem” — wrzasnął nagle drugi głos, po czym rozległ się strzał.

— „Tym razem nie chybił go” — rzekł do mnie Heyst z goryczą i odszedł do pokoju.

— Wróciłem na pokład, tak jak Heyst sobie tego życzył. Nie chciałem być natrętem wobec jego cierpienia. Później, około piątej rano, kilku z moich majtków przybiegło do mnie z krzykiem, że pali się na wybrzeżu. Wylądowałem natychmiast, naturalnie. Główny dom był w ogniu. Żar nie pozwolił nam się zbliżyć. Pozostałe dwa domki zapaliły się jeden za drugim jak łuczywo. Do samego popołudnia nie można było posunąć się dalej niż do końca pomostu u brzegu.

Davidson westchnął spokojnie.

— Pan chyba jest pewien, że baron Heyst nie żyje?