Wkrótce właściciel pięknej, choć wynędzniałej twarzy siedział obok Schomberga w rufie szalupy. Miał długą postać o członkach jakby luźno spojonych; rozparty w pozie niedbałej a jednak sztywnej, obejmował smukłymi splecionymi palcami nogę założoną na nogę. Z drugiej strony Schomberga zasiadł pasażer, którego wygolony pan przedstawił Schombergowi.
— Mój sekretarz. Musi mieć pokój obok mojego.
— To się da łatwo zrobić.
Schomberg sterował z godnością, patrząc wprost przed siebie, ale bardzo był zaciekawiony tymi dwoma interesującymi rachunkami. Na przedzie szalupy umieszczono bagaż, parę wielkich skórzanych kufrów pociemniałych od długiego używania, i kilka mniejszych pakunków. Trzeci osobnik, stwór włochaty i nieokreślony, skierował się skromnie ku przodowi i usadowił na bagażu. Dolna część jego twarzy była nadmiernie rozwinięta; czoło miał wąskie, niskie, poorane tępo poziomymi zmarszczkami, policzki dziwacznie zarośnięte i płaski nos o nozdrzach szerokich jak u pawiana. Było coś podejrzanego w wyglądzie tego kosmatego stworu, którego ludzki wygląd ginął w kudłach. Wyglądał na sługę wygolonego mężczyzny i prawdopodobnie odbył podróż na pokładzie, sypiając pod płóciennym dachem. Szeroki, krępy jego tułów, zdradzał wielką siłę. Trzymał się burty, wystawiając dziwnie długie ramiona, zakończone parą grubych, brunatnych i kosmatych łap jak u małpy.
— Co zrobimy z tym moim człowiekiem? — zapytał główny pasażer. — Pewno jest jakaś gospoda blisko portu — knajpa, gdzie dadzą mu matę do spania?
Schomberg odrzekł, że jest w istocie taki zajazd, utrzymywany przez portugalskiego metysa26.
— Czy to pański sługa? — dodał.
— Tak — przyczepił się do mnie. Polował na aligatory. Znalazłem go w Kolumbii. Był pan kiedy w Kolumbii?
— Nie — odrzekł Schomberg z wielkim zdziwieniem. — Polował na aligatory? Dziwne zajęcie! Więc pan przybywa z Kolumbii?
— Tak, ale dawno już stamtąd wyjechałem. Przybywam z bardzo wielu miejsc. Widzi pan — podróżuję ze wschodu na zachód.