— Pewnie dla sportu? — spytał Schomberg.

— Tak. Coś w rodzaju sportu. Co by pan powiedział o polowaniu na słońce?

— Rozumiem — pan podróżuje dla przyjemności — rzekł Schomberg, śledząc żaglową łódź, która miała przeciąć im drogę, i gotów wyminąć ją dotknięciem rudla. Nagle drugi pasażer dał się słyszeć:

— Do diabła z tymi statkami krajowców! Zawsze włażą człowiekowi w drogę.

Był to człowiek krępy, muskularny, o błyszczących i mrugających oczach, szorstkim głosie i okrągłej, bezbarwnej, ospowatej twarzy, ozdobionej rzadkim, rozwichrzonym wąsem sterczącym dziwacznie spod czubka sztywnego nosa. Schomberg zauważył, że nie wyglądał bynajmniej na sekretarza. I on, i jego długi, szczupły zwierzchnik byli ubrani w zwykły strój używany pod zwrotnikami: korkowe hełmy, białe trzewiki — wszystko jak się należy. Kosmaty, nieokreślony stwór, siedzący na bagażach na przedzie szalupy, miał na sobie kraciastą koszulę i niebieskie spodnie z grubego perkalu. Spoglądał w stronę swego pana niby czujne, wytresowane zwierzę.

— Pan pierwszy się do mnie odezwał — rzekł Schomberg, uderzając w swój męski ton. — Pan znał moje nazwisko. Gdzie panowie słyszeli o mnie — jeśli wolno spytać?

— W Manili — odrzekł natychmiast gość podróżujący dla przyjemności. — Od człowieka, z którym grałem raz w karty wieczorem w Kastylskim hotelu.

— Cóż to za człowiek? — O ile wiem, nie mam żadnych przyjaciół w Manili — dziwił się Schomberg ze srogim marsem na czole.

— Nie umiem panu powiedzieć jego nazwiska. Zapomniałem na śmierć; ale niech się pan nie kłopocze. Nie był wcale pańskim przyjacielem. Wymyślał na pana ile wlazło. Mówił, że pan puścił kiedyś o nim skandaliczną plotkę — w Bangkoku, zdaje mi się. Tak, tak, w Bangkoku. Pan miał dawniej table d’hôte w Bangkoku, prawda?

Schomberg, zdumiony obrotem rozmowy, wyprostował się jeszcze bardziej z surową godnością, jak przystało na oficera rezerwy. — Table d’hôte. Tak, nie inaczej. Zawsze — dla wygody białych. — W tym mieście także? — Tak, także i w tym mieście.