— Ach, widzę już; pan chce, żeby wszystko poszło gładko. Bardzo dobrze; to jest właściwa droga. Niech się pan nie trapi. Każe pan Chińczykom pójść wcześnie spać, a na ich miejsce sprowadzimy Pedra co wieczór. Nie wygląda wprawdzie na przeciętnego kelnera, ale da sobie radę z obnoszeniem tacy; pan zaś będzie siedział tu od dziewiątej do jedenastej, wydając napoje i zgarniając pieniądze.
— Będzie ich teraz trzech — pomyślał nieszczęsny Schomberg.
Ale Pedro był przynajmniej tylko prostym, zwykłem bydlęciem, mimo całej swej krwiożerczości. Nie było w nim nic tajemniczego, ani niesamowitego — nie wyglądał jak skradający się, ostrożny dziki kot, przemieniony w człowieka, ani jak impertynencki duch na urlopie z piekła, wyposażony w skórę i kości tudzież w chytrą moc budzenia lęku. Pedro — razem ze swoimi kłami, skołtunioną brodą i dziwnym spojrzeniem małych, niedźwiedzich oczek — w porównaniu z tamtymi wydawał się rozkosznie naturalny. Zresztą Schomberg nie miał już sił.
— Niech i tak będzie — zgodził się posępnie. — Ale wiedzcie, panowie, że gdybyście się byli zjawili jeszcze przed trzema miesiącami — nawet mniej niż przed trzema miesiącami — bylibyście zastali zupełnie innego człowieka niż ten, który teraz do was mówi. Doprawdy! I cóż pan na to?
— Czy ja wiem co o tym myśleć? Myślę, że to chyba kłamstwo. Trzy miesiące temu był pan prawdopodobnie równie oswojony jak i teraz. Pan już się urodził oswojony, jak większość ludzi na świecie.
Pan Jones podniósł się niby widmo, a Ricardo poszedł za jego przykładem, przy czym warknął i przeciągnął się. Schomberg mówił dalej jak gdyby do siebie, w ponurym zamyśleniu:
— Była tu orkiestra — osiemnaście kobiet.
Pan Jones wydał okrzyk przerażenia i obejrzał się w koło, jakby w ścianach i w całym domu pozostał jad zarazy. Potem wpadł w wielki gniew i zwymyślał gwałtownie Schomberga za to, że ośmiela się poruszać podobne tematy. Hotelarz tak był zdumiony, że nawet nie wstał z krzesła. Patrzył na wściekłość pana Jonesa, która nie miała w sobie nic widmowego, ale nie była przez to bardziej zrozumiałą.
— Co się stało? — wyjąkał. — Co za tematy? Nie słyszał pan, jak mówiłem, że to była orkiestra? Nie ma w tym przecież nic złego. No więc była tam między nimi dziewczyna — — Oczy Schomberga stanęły w słup; splótł ręce na piersiach z taką siłą, że stawy w palcach mu zbielały. — Taka dziewczyna! Nazywacie mnie oswojonym? Byłbym dla niej rozbił w puch wszystko naokoło siebie. A i ona, naturalnie... Jestem przecież mężczyzną w sile wieku... Ale potem opętał ją jeden chłystek — taki włóczęga, łgarz, oszukaniec, podstępna bestia zdecydowana na wszystko! O Boże!
Splecione palce trzasnęły, gdy rozrywał dłonie; wyciągnął ramiona i oparł na nich czoło w paroksyzmie wściekłości. Obaj goście patrzyli na dygocące jego plecy — wychudły pan Jones z pogardą i pewnym rodzajem lęku, a Ricardo z wyrazem kota, który widzi w śpiżarni kawałek ryby i nie może jej dosięgnąć. Schomberg przechylił się w tył. Oczy jego były suche, ale bulgotało mu w gardle, jak gdyby połykał łkania.