Nieoczekiwany strumień wymowy przerwał tamę gdzieś w głębi tego człowieka, rozwodnił ognistą jego krew i złagodził bezlitosną naturę. Schomberg doznał pomieszanych uczuć ulgi i lęku, jak gdyby nagle olbrzymi dziki kot zaczął mu się łasić u nóg z niepojętą przyjaźnią. Żaden roztropny człowiek nie śmiałby poruszyć się w podobnych okolicznościach. Schomberg się też nie poruszył. Ricardo przybrał wygodną pozę i oparł się łokciem o stół. Schomberg wyprężył ponownie piersi.
— Służyłem na tym jachcie — czy szkunerze, czy jak tam — i miałem dziesięciu zwierzchników naraz. Dziwi to pana, co? Tak, tak, dziesięciu zwierzchników. Dziewięciu z nich to byli niczego sobie panowie, ale jeden był panem całą gębą i to jest właśnie...
Ricardo kiwnął znów brodą w stronę piętra, jak gdyby chciał powiedzieć: On! Jeden jedyny.
— I nie zawiodłem się — ciągnął dalej. — Od razu pierwszego dnia wpadł mi w oko. Jak? Dlaczego? Pytałby pan na próżno. Nie widywałem znów tak wielu prawdziwych panów w życiu. No i poznałem się na nim. Gdyby pan był Anglikiem, to by pan —
— I cóż z tym jachtem? — przerwał Schomberg, okazując tyle zniecierpliwienia, ile się tylko ośmielił, gdyż te aluzje do narodowości szarpały mu nadwątlone nerwy. — Jakaż to była gra?
— Pan to ma łeb na karku! Gra — otóż to właśnie! To było takie głupstwo, jak to czasem panowie wymyślą sobie, żeby się bawić w przygody. Wyprawa po skarb! Rozumie pan? Każdy z nich złożył tyle pieniędzy, żeby mogli kupić ten szkuner. Ich agent w City zgodził i mnie i kapitana. Żądał od nas zachowania największej tajemnicy — i tak dalej. Zdaje mi się, że przez cały czas kpił sobie z tego w duszy — i słusznie. Ale nic nam było do tego. Niech sobie wyrzucają pieniądze, kiedy im się podoba. Szkoda tylko, że tak mało na nas przypadło. Porządna pensja i na tym koniec. Ale co mi tam pensja, wielka czy mała — gwiżdżę na to!
Mrugał i błyskał w półmroku zielonawymi oczami. Zdawało się, że upał uciszył wszystko na świecie prócz jego głosu. Wtem z niepojętej jakiejś przyczyny zaczął sypać przekleństwa warczącym, stłumionym tonem; uspokoił się wnet w równie zagadkowy sposób i ciągnął dalej, niby marynarz snujący swoją gawędę:
— Z początku było ich tylko dziesięciu, tych awanturniczych gagatków; potem, na dzień czy dwa przed odpłynięciem statku, on się zjawił. Posłyszał o tej wyprawie — gdzieś, od kogoś — powiedziałbym, że od jakiejś kobiety, gdybym go nie znał, jak go znam. Wyprawiłby każdą babę za dziesiątą granicę. Nie znosi ich po prostu. Może słyszał o tej historii w jakim barze. A może w jednym z tych ich wielkich klubów na Pall Mall. Tak czy owak złowił go jakiś agent, pieniądze kazał na stół wyłożyć, a na przygotowanie się do drogi dali mu coś około dwudziestu czterech godzin; ale nie spóźnił się na statek. Nic podobnego. To był dopiero co się zowie skok na łeb na szyję dla takiego pana. Widziałem, jak się zbliżał do naszego statku. Pan zna zachodnio-indyjskie doki, co?
Okazało się, że Schomberg nie zna zachodnio-indyjskich doków. Ricardo popatrzył na niego w zamyśleniu i po chwili zaczął mówić dalej, jak gdyby podobna ignorancja zasługiwała tylko na lekceważenie.
— Nasz holownik czekał już obok statku. Dwóch drabów niosło za nim manatki. Kazałem ludziom z doku, trzymającym nasze cumy, żeby poczekali chwilę. Kładka była już podniesiona, ale on nic sobie z tego nie robił. Skoczył do góry jednym susem, przełożył długie nogi przez burtę i już był na jachcie. Wciągnęli na pokład jego wypchane tłumoki, a on wsadził rękę do kieszeni w spodniach i wyrzucił na bulwar chłopakom wszystkie swoje drobne. Kiedyśmy odbijali, łazili jeszcze wciąż na czworakach po bulwarze. Dopiero wtedy spojrzał na mnie — tak spokojnie, rozumie pan — i przeciągle. Nie był wówczas taki chudy jak teraz; ale zauważyłem, że wygląda na młodszego niż jest — daleko młodszego. Wydało mi się, że jego oczy dotknęły mnie gdzieś na wnętrzu. Zabrałem się stamtąd prędko; zresztą i tak byłem potrzebny na przodzie. Nie to, żebym go się bał. I czegóż miałbym się bać? Tylko czułem się poruszony do żywego. Ale gdyby mi był kto wtedy powiedział, że nie minie rok, a będziemy wspólnikami, no, byłbym doprawdy —