Zaczął sypać przeróżne przekleństwa, to zwykłe, to cudaczne i wstrętne dla uszu Schomberga — ale były to tylko niewinne okrzyki podziwu nad zmianami i kolejami ludzkich losów. Schomberg poruszył się z lekka na krześle. Lecz wielbiciel i wspólnik „zwykłego sobie Jonesa” zdawał się zapominać w tej chwili o istnieniu Schomberga. Strumień niewinnych przekleństw — niektóre były w kiepskim języku hiszpańskim — wysechł wreszcie i Marcin Ricardo, znawca panów, siedział niemy i zapatrzony w przestrzeń, jak gdyby rozpamiętywał ze zdziwieniem zdumiewające decyzje i zbiegi okoliczności, i kombinacje zdarzeń, które wpływają na ludzką pielgrzymkę po tej ziemi.
Wreszcie Schomberg odezwał się, ciągnąc Ricarda za język:
— Więc ten — ten pan tam na górze — namówił pana, żeby pan porzucił takie dobre miejsce?
Ricardo żachnął się.
— Namówił mnie! Nie potrzebował mnie wcale namawiać. Kiwnął na mnie po prostu i to wystarczyło. Byliśmy wtedy w Zatoce Meksykańskiej. Raz w nocy staliśmy na kotwicy blisko piaszczystej rewy — do dziś dnia nie wiem na pewno, gdzie to było — w okolicy brzegów Kolumbii czy gdzie indziej. Mieliśmy zacząć kopanie nazajutrz rano i cała załoga poszła wcześnie spać, bo wiedzieliśmy, że następny dzień upłynie przy łopacie na ciężkiej pracy. Nagle zjawia się on i tym swoim spokojnym, zmęczonym głosem — po tym można równie dobrze poznać pana jak i po czym innym — zjawia się za mną i mówi mi do ucha w ten deseń: „No i co pan teraz myślisz o tym naszym polowaniu na skarb?” —
— Nie odwróciłem nawet głowy; stałem na miejscu jak wryty i rzekłem nie głośniej od niego:
— „Jeżeli pan chce wiedzieć, uważam to wszystko za idiotyczne głupstwo”. —
— Od czasu do czasu prowadziliśmy już i przedtem krótkie rozmowy w czasie podróży. Wyczytał ze mnie wszystko jak z książki. Niewiele tam miał do wyczytania oprócz tego jednego, że nigdy nie byłem oswojony; nawet i wówczas, kiedym spacerował po trotuarze28, i puszczał dowcipy, i stawiał przyjaciołom — no i obcym także. Lubiłem patrzyć jak na mój koszt podnoszą w górę łokcie, albo jak pękają ze śmiechu z moich żartów — o, ja umiem być zabawny jak zechcę — jak Boga kocham!...
Pauza, wypełniona kontemplacją własnego dowcipu i hojności, wstrzymała potok wymowy Ricarda. Schomberg biedził się, aby utrzymać w mierze swoje rozszerzające się wciąż powieki, gdyż zdawało mu się, że oczy rosną mu w głowie.
— Tak, tak — wyszeptał pośpiesznie.