— Patrzyłem na nich nieraz i myślałem sobie: wy nie wiecie, chłopcy, kim jestem. Gdybyście wiedzieli! — Z dziewczętami to samo. Raz przystawiałem się do jednej. Całowałem ją za uchem i mówiłem sobie: „Gdybyś ty wiedziała, kto cię całuje, moja droga, narobiłabyś wrzasku i tyle bym cię widział!” Ha, ha! Nie to, żebym ją chciał skrzywdzić; ale czułem w sobie tę siłę. Siedzimy sobie teraz po przyjaźni i wszystko w porządku. Pan mi w niczym nie bruździ. Ale nie powiem żebym czuł dla pana życzliwość. Po prostu nic mnie pan nie obchodzi. Niektórzy nie przyznają się do tego; ale ja się przyznaję. Tak, czy owak, znaczy pan dla mnie to samo co tamta mucha. Akurat to samo. Mogę pana zgnieść, mogę pana zostawić. Wszystko mi jedno.

Jeżeli prawdziwa siła charakteru polega na przezwyciężaniu naszych słabości, to Schomberg rozwinął tę zaletę w całej pełni. Przy wzmiance o musze zaczerpnął tchu z wielkim wysiłkiem, podtrzymując surową godność postawy, podobnie jak się napuszcza powietrze do obwisłego dziecinnego balonika. Wygodna, niedbała poza Ricarda była wręcz przerażająca.

— Tak to, tak — ciągnął dalej. — Taki ze mnie człowiek. Nie przyszłoby to panu do głowy, co? Nigdy. Trzeba było to panu powiedzieć. Więc też mówię, ale widzę, że pan wierzy mi tylko w połowie. A przecież nie może pan powiedzieć, że jestem pijany, choćby się pan na mnie jeszcze więcej wytrzeszczył. Nie wypiłem dziś nic prócz szklanki wody z lodem. Na to, żeby człowieka przeniknąć, trzeba prawdziwego pana. O tak — on przejrzał mnie od razu. Mówiłem już, że na morzu rozmawialiśmy kilka razy o tym i owym. I często przypatrywałem mu się przez lukę świetlną, jak w kajucie grał w karty z innymi. Musieli jakoś czas zabić. Na tym samym i on mnie kiedyś przyłapał, i wtedy właśnie powiedziałem mu, że lubię karty i że na ogół jestem w grze szczęśliwy. Tak, ten to mnie przeniknął. I cóż w tym dziwnego? Prawdziwy pan jest takim samym człowiekiem jak każdy inny — i jeszcze czymś poza tym.

Schombergowi błysnęła myśl, że ci dwaj są zaiste świetnie dobrani, wbrew ogromnym zewnętrznym różnicom — identyczne dusze w odmiennych przebraniach.

— Więc on mówi do mnie: — ciągnął Ricardo plotkarskim tonem — „Mam już tego dosyć. Czas na nas, Marcinie”. — Pierwszy raz powiedział mi wtedy: Marcinie. A ja na to:

— „Jakże to, proszę pana?”

— „Nie myślisz przecież, że mi chodzi o ten jakiś skarb — co? Chciałem po prostu spokojnie drapnąć. To dość kosztowny sposób podróżowania, ale był mi na rękę”.

— Bardzo prędko dałem mu do zrozumienia, że gotów z nim jestem na wszystko — od gry w cetno i licho aż do morderstwa z premedytacją.

— „Morderstwa z premedytacją?” — mówi spokojnie po swojemu. — Cóż to znaczy u licha? O czym ty mówisz? Zdarza się czasem, że ludzie bywają zabici, jeśli znajdą się na czyjejś drodze, ale zabija się tylko we własnej obronie — rozumiesz?”

— Odpowiedziałem, że rozumiem. I że skoczę na dół na chwilę, żeby zgarnąć tych trochę swoich gratów do marynarskiej torby. Nie lubiłem nigdy obciążać się bagażem; chciałem na morzu czuć się lekki jak piórko. Wróciłem i zastałem go chodzącego po pokładzie tam i z powrotem, niby to że chce odetchnąć świeżym powietrzem przed pójściem spać, jak każdego innego wieczoru.