Schomberg wyprężył piersi i rzekł:

— Otóż to jest właśnie jedna z kwestii, o których chciałbym pomówić z panem Jonesem. Niemiło mi, że ten drab kręci się tak wcześnie koło domu. Całymi godzinami wysiaduje na tylnych schodach i straszy mi ludzi, tak że obsługa na tym cierpi. Moi Chińczycy...

Ricardo kiwnął głową i podniósł rękę:

— Kiedym go zobaczył pierwszy raz, byłby mógł przestraszyć nawet osiwiałego niedźwiedzia, a cóż dopiero Chińczyka. Teraz już jest cywilizowany w porównaniu z tym, co było. No więc — tamtego ranka pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, otworzywszy oczy, był właśnie Pedro siedzący pod drzewem i uwiązany do niego za szyję. Mrugał oczami. Przez cały dzień śledziliśmy pilnie, co się działo na morzu i wypatrzyliśmy rzeczywiście szkuner płynący pod wiatr; to dowodziło, że już machnęli na nas ręką. Doskonale! Kiedy znów słońce wzeszło, zerknąłem na naszego Pedra. Nie mrugał już. Przewracał oczami, które były raz białe, a raz czarne i wywiesił język na łokieć. Nawet diabeł ustatkowałby się z czasem, gdyby go tak krótko za szyję przywiązać. Nie wiem na pewno, ale zdaje mi się, że i prawdziwemu panu byłoby trudno w tych warunkach trzymać się ostro do końca. Tymczasem przygotowywaliśmy łódź do drogi. Umacniałem właśnie maszt, kiedy zwierzchnik rzucił uwagę:

— „Zdaje mi się, że on chce coś powiedzieć”.

— Słyszałem już od jakiegoś czasu coś w rodzaju krakania, tylko że nie chciałem zwracać na to uwagi; ale na te słowa wyszedłem z łodzi i zbliżyłem się do Pedra, zabrawszy trochę wody. Oczy miał czerwone — czerwone i czarne — wylazły mu na wierzch do połowy. Wypił wszystką wodę, którą mu dałem, ale to, czego sobie życzył, to nie było nic szczególnego. Wróciłem do szefa.

— „Prosi, żeby mu strzelić w łeb przed naszym odjazdem” — mówię. Nie podobało mi się to wcale.

— „O, to jest niemożliwe!” — mówi zwierzchnik.

— Miał rację. Zostały nam tylko cztery naboje, a mieliśmy jeszcze przed sobą dziewięćdziesiąt mil dzikim wybrzeżem przed przybyciem do miejsca, gdzie przypuszczalnie można było dostać ładunków.

— „W każdym razie” — mówię — „on prosi jak o łaskę, żeby go zabić — tak czy owak”.