— I powróciłem do umacniania masztu. Nie chciało mi się wcale zarzynać człowieka o związanych rękach i nogach, a w dodatku przywiązanego za szyję do drzewa. Miałem już wtedy nóż — nóż szanownego Antonia; i to jest właśnie ten nóż.

Ricardo klapnął się rozgłośnie po nodze.

— Pierwszy łup w moim nowym życiu — ciągnął z cierpką jowialnością — nosić go tak nisko nauczyłem się dopiero później. Wtedy nosiłem go za pasem. Nie, nie miałem serca do tej roboty; ale kiedy się pracuje z prawdziwym panem, można być pewnym, że ten zobaczy przez skórę, co człowiek czuje. Zwierzchnik odezwał się nagle:

— „Można by nawet powiedzieć, że to jest jego prawo — (po tych słowach od razu poznaje się pana) — ale co byś na to powiedział, gdybyśmy go wzięli do łodzi?”

— I szef zaczął dowodzić, że ten chłop mógłby nam być pomocny w torowaniu drogi wzdłuż wybrzeża. Moglibyśmy pozbyć się go przed przybyciem do pierwszej jako tako cywilizowanej miejscowości. Zresztą zwierzchnik nie potrzebował mnie długo przekonywać. Wylazłem z łodzi.

— „Tak, ale czy damy sobie z nim radę?”

— „Na pewno. Już jest poskromiony. No dalej, przetnij mu więzy — biorę na siebie odpowiedzialność”.

— „Słucham pana”.

— Pedro widział, że zbliżam się żwawo z nożem jego brata w ręku — nie zastanowiłem się, jakie to może zrobić wrażenie na nieuprzedzonym człowieku, rozumie pan — i, psiakrew, o mało go to nie zabiło. Wybałuszył się na mnie jak zwariowany byk, oblał się potem i zaczął drgać całym ciałem — coś zdumiewającego. Taki byłem zdziwiony, że przystanąłem, żeby mu się przypatrzeć. Krople potu spływały mu na brwi, na brodę, po nosie — i bulgotało mu w gardle. Wtedy przyszło mi na myśl, że nie mógł przecież wiedzieć, o co mi chodzi. Czy spodziewał się śmierci z naszej łaski, czy też uważał, że ma do niej prawo — to jednak wcale nie miał ochoty umierać, jak przyszło co do czego; a w każdym razie — nie chciał umierać w ten sposób. Kiedy zaszedłem z tyłu, żeby się dobrać do więzów, wydał coś w rodzaju cichego ryku. Myślał pewnie, że chcę go dźgnąć z tyłu. Przeciąłem wszystkie więzy jednym pociągnięciem noża, a on buch, przewrócił się na bok i zaczął fikać związanymi nogami. Jak nie ryknę ze śmiechu — nie wiem, co w tym było takiego zabawnego, ale o mało nie pękłem. Ja się śmiałem, on się wił i trudno mi było go oswobodzić. Jak tylko poczuł, że ma nogi wolne, rusza do brzegu, gdzie stał zwierzchnik, pełznie do niego na rękach i kolanach i obejmuje mu stopy. To dopiero wdzięczność — co? Nie było wątpliwości: temu chłopu dogadzało to najzupełniej, że pozwolono mu żyć. Zwierzchnik usunął nogi łagodnie i tylko mruknął do mnie:

— „Ruszajmy. Weź go do łodzi”.