— Żeby wziąć pieniądze? — zamruczał jak kot.
— Gewiss44 — uciął Schomberg z wyniosłą niecierpliwością. — Po cóż by innego? To znaczy, żeby wziąć tylko te pieniądze, które miał u Tesmanów. Ile zakopał, czy schował na wyspie, czort jeden wie. Niech pan tylko pomyśli o kupach pieniędzy, które przeszły przez ręce tego człowieka — na pensje, na zapasy i tak dalej — mówię panu, to jest chytry złodziej. — Nieruchome spojrzenie Ricarda zbiło go z tropu i dodał zmieszanym tonem: — Mówię, że to pospolity, marny złodziej bez żadnego znaczenia. A w dodatku nazywa siebie szwedzkim baronem! Tfu!
— Tak? Jest baronem? Ta zagraniczna szlachta to nic szczególnego — oświadczył poważnie pan Ricardo. — No i cóż jeszcze? Włóczył się w tych okolicach...
— Tak, włóczył się — rzekł Schomberg, krzywiąc usta. — Włóczył się. — Otóż to właśnie. Włóczył...
Głos mu zamarł. Ciekawość odmalowała się na twarzy Ricarda.
— Tak sobie po prostu — bez celu? A potem zabrał się i pojechał z powrotem na tę wyspę?
— I pojechał z powrotem na tę wyspę — odrzekł jak echo Schomberg, patrząc martwo w podłogę.
— Co panu jest? — spytał Ricardo z prawdziwym zdumieniem. — Co to znaczy?
Schomberg, nie podnosząc oczu, uczynił niecierpliwy ruch ręką. Twarz jego była purpurowa; trzymał ją wciąż spuszczoną. Ricardo wrócił do poprzedniego tematu.
— No dobrze, ale jak pan to wytłumaczy? — Z jakiego powodu? Po cóż wrócił na tę wyspę?