— Na miodowe miesiące! — wypluł ze złością Schomberg.

I siedząc zupełnie spokojnie ze spuszczonymi oczami, nagle, bez żadnego wstępnego ruchu, palnął pięścią w stół. Ricardo, wcale na to nie przygotowany, skoczył w bok. I dopiero wtedy Schomberg spojrzał w górę tępym, mściwym wzrokiem.

Ricardo patrzył na niego przez chwilę nieruchomo, potem zakręcił się na pięcie, doszedł do końca pokoju, wrócił żwawo i wymruczał głębokie: „Oho!” nad nieruchomą głową Schomberga. Że hotelarz był zdolny do wielkich wysiłków duchowych, dowiódł tego stopniowy jego powrót do surowej postawy rezerwowego oficera.

— Oho! — powtórzył Ricardo jeszcze wolniej niż przedtem, jak gdyby zbadawszy i oceniwszy położenie. — Czemuż pana o to zapytałem! Wolałbym, żeby to było kłamstwo, co mi pan powiedział. Nie podoba mi się wcale, że kobieta wplątana jest w tę sprawę. Jak ona wygląda? Czy to właśnie ta dziewczyna, która...

— Przestań pan! — mruknął Schomberg, godny politowania pod maską sztywnego wojskowego obejścia.

— Oho! — wymówił po raz trzeci Ricardo, coraz lepiej uświadomiony co do uczuć Schomberga i coraz bardziej skłopotany. — Nawet mówić o tym przy panu nie można — tak źle z panem? A jednak założę się, że ona wcale takim cudem nie jest.

Schomberg machnął ręką, jak gdyby chciał powiedzieć, że nie wie i że go to nic nie obchodzi. Potem wyprężył piersi i zmarszczył się, patrząc w próżnię.

— Szwedzki baron, hm — ciągnął Ricardo w zamyśleniu. — Chyba szef uzna, że ten interes zasługuje na uwagę — wcale, wcale! — jeśli mu to wszystko odpowiednio przedstawię. Mój zwierzchnik lubi takie pojedynki, jeśli to można tak nazwać — tylko że nie znam człowieka, który by mógł stawić mu czoło. Czy pan widział kiedy kota bawiącego się z myszą? To ładny widok.

Ricardo o pożądliwie błyszczących oczach i skromnym wyrazie przypominał tak żywo kota, że Schomberg byłby odczuł w całej pełni niepokój osaczonej myszy, gdyby inne uczucia nie zawładnęły jego sercem.

— Między nami nie ma miejsca na kłamstwo — wyrzekł spokojniej, niż się sam po sobie spodziewał.