— No i cóż teraz będzie? Szef unika kobiet. W tym meksykańskim miasteczku, gdzie osiedliśmy na mieliźnie, że się tak wyrażę — chodziłem wieczorem na tańce. I tamtejsze dziewczęta wypytywały mnie zawsze, czy ten angielski caballero45 mieszkający w posada to przebrany mnich — albo czy ślubował przed Santissima Madre46, że nie przemówi nigdy do kobiety — albo czy... — Może pan sobie wyobrazić, co takie dziewczyny wygadują, kiedy rozpuszczą jęzory; a to mnie złościło. Tak, szef unika zetknięcia z kobietami.

— Ale z jedną jedyną kobietą? — wtrącił Schomberg gardłowym tonem.

— Czasem z jedną gorzej mieć do czynienia niż na przykład z dwustoma. Jak gdzie jest dużo kobiet, może pan na nie nie patrzeć, jeżeli pan nie chce; ale niech pan wejdzie do pokoju, gdzie jest jedna jedyna kobieta, młoda czy stara, ładna czy brzydka, musi pan na nią spojrzeć! I, jeśli pan nie zacznie się do niej przystawiać, wówczas — w tym to szef ma rację — wówczas kobieta może tylko przeszkadzać.

— Po cóż zwracać na nie uwagę — mruknął Schomberg. — Cóż one mogą zrobić?

— Mogą narobić hałasu, jeśli nie czegoś gorszego — zawyrokował krótko pan Ricardo z niesmakiem człowieka, którego droga jest drogą spokoju; gdyż nie ma zaiste nic wstrętniejszego od hałasu, kiedy człowiek jest pochłonięty ważną partią kart. — Hałasu mogą narobić, braciszku — ciągnął gwałtownie — przeklętego wrzasku o to albo o tamto, a w takim harmidrze nie czuję się wcale lepiej niż mój szef. Ale z nim to jeszcze inna sprawa. On w ogóle kobiet nie znosi.

Zamilkł, aby się zastanowić nad tym psychologicznym fenomenem i, ponieważ nie było pod ręką filozofa, który by mu powiedział, że nie ma silnego uczucia bez podkładu trwogi, tak jak nie ma prawdziwej religii bez źdźbła fetyszyzmu, więc wypowiedział swoją własną konkluzję, która jednakże nie wyczerpywała kwestii.

— Bodajbym zdechł, jeśli kobiety nie są dla niego tym samym, czym dla mnie alkohol! Brandy — brrr!

Zrobił minę pełną obrzydzenia i wstrząsnął się nieudanym47 dreszczem. Schomberg słuchał zdumiony. Wychodziło na to, że właśnie łajdactwo tego — tego Szweda roztaczało nad nim opiekę, ponieważ łup jego niegodziwości stawał jako zapora pomiędzy złodziejem a karą.

— Tak, tak, stary capie — przerwał milczenie Ricardo, popatrzywszy z pewnego rodzaju współczuciem na nieme zgnębienie Schomberga. — Nie zdaje mi się, żeby ten kawał się udał.

— Ależ to idiotyzm — szepnął mężczyzna, któremu czyjaś oburzająca i niezrozumiała idiosynkrazja miała uniemożliwić zemstę już, zdawało się, tak bliską.