Doramin był wyjątkowym przedstawicielem swojej rasy, równego mu nie zdarzyło mi się widzieć. Jak na Malajczyka brzuch jego był ogromny, ale nie tylko dlatego jego wygląd miał charakter imponujący, monumentalny. (...) Mówiono powszechnie, że radził się żony we wszystkich sprawach publicznych; ale nikt nigdy nie słyszał, by zamienili ze sobą słówko. Zawsze w milczeniu siedzieli przy otworze w ścianie i patrzyli na szeroką przestrzeń pokrytą lasem, na ciemnozielone morze, którego falowanie sięgało fioletu i purpury gór, na błyszczącą rzekę, tworzącą olbrzymią literę S, mieniącą się srebrem; na ciemną wstęgę domów, wyciągniętą na obu wybrzeżach i na wznoszące się szczyty bliźniaczych gór. Stanowili razem dziwną sprzeczność: ona delikatna, wysmukła, lekka jak mała czarodziejka, z odcieniem macierzyńskiej serdeczności; on — olbrzymio ciężki jak figura z gruba wyciosana z kamienia, w swej nieruchomości zdradzał uczucia szlachetne i wspaniałomyślne. Syn tych starych rodziców był ozdobą młodzieży.
Opatrzność zesłała go im późno. Może nie był tak młody, jak się wydawał. Dwadzieścia cztery czy pięć lat, to wiek poważny tam, gdzie w osiemnastym roku mężczyzna jest już ojcem rodziny. Gdy wchodził do obszernej izby, wyłożonej cienkimi matami, gdzie dostojna para siedziała w otoczeniu swego dworu, szedł prosto do Doramina, składał pocałunek na ręce wyciągniętej ku niemu majestatycznie — po czym stawał przy krześle matki. Chyba mogę powiedzieć, że go ubóstwiali, ale nigdy nie zdarzyło mi się pochwycić spojrzenia zwróconego ku niemu. Co prawda, w tej izbie załatwiano sprawy publiczne, zwykle była ona zatłoczona. Uroczyste wchodzenie i wychodzenie, głęboki szacunek wyrażany gestami, malujący się na twarzach, ujawniający się w cichych szeptach, wszystkiego tego opisać niepodobna.
— Warto to zobaczyć — zapewniał mnie Jim, gdyśmy przebywali rzekę, wracając do domu. — Ci ludzie są jakby z romansu wzięci! — zawołał z tryumfem. — A Dain Waris, ich syn, jest najlepszym przyjacielem, jakiego w życiu miałem (po panu, rozumie się). Pan Stein nazwałby go dobrym „towarzyszem walk”. Na Jowisza! Szczęście mi dopisało, gdy walcząc ostatkiem sił dobiłem się do nich.
Spuścił głowę i zamyślił się, po chwili wyprostował się i mówił dalej.
— Rozumie się, że to łatwo nie przyszło, ale od razu wiedziałem, co mi czynić wypada.
Nie ma co się dziwić, że nie przyszło mu to łatwo (...), wszak gdy przybył do Bugisów — plemię to znajdowało się w bardzo krytycznym położeniu.
— Wszyscy się lękali — mówił Jim — każdy obawiał się o siebie, a ja widziałem jasno jak na dłoni, że muszą natychmiast przejść do czynu, jeżeli nie chcą wyginąć co do nogi, tak z ręki radży, jak i tego włóczęgi Sherifa.
Ale nie wystarczało, że on tę konieczność widział; należało zwalczyć strach i egoizm i to przekonanie wpoić w oporne umysły. Zdołał to w końcu przeprowadzić, ale i tego było mało. Musiał wymyślić sposoby. Ułożył plan nadzwyczaj śmiały, ale nawet wtedy zadanie jego tylko w połowie było wykonane. Musiał swoją ufnością natchnąć ludzi mających ukryte, niedorzeczne powody do trzymania się na uboczu, musiał zwalczać głupie zawiści i rozmaitego rodzaju niewiary. Bez przewagi władzy Doramina i gorącego zapału jego syna sprawa spełzłaby na niczym. Dain Waris, znakomity młodzian, pierwszy uwierzył w niego; powstała między nimi ta dziwna, głęboka, rzadka przyjaźń, wiążąca ludzi dwóch odrębnych ras ściślejszym węzłem jakiejś mistycznej sympatii.
O Dainie Warisie jego własny lud wyrażał się z dumą, że walczyć umie jak biały człowiek. To była prawda; posiadał ten rodzaj odwagi, która nie lęka się odkrytej przestrzeni, a zarazem posiadał i umysł Europejczyka. On nie tylko wierzył Jimowi, ale rozumiał go, jestem najmocniej o tym przekonany. (...) Mówię o nim, gdyż zdobył sobie we mnie przyjaciela. On sam i jego inteligentne sympatyzowanie z aspiracjami Jima przemówiła do mego serca. Rozumiałem sam pierwiastek łączącej ich przyjaźni. Jeżeli Jim był stroną przewodzącą, to tamten ujarzmiał przewodnika. Istotnie Jim, przywódca, był niewolnikiem pod wielu względami. Kraj cały, lud, przyjaźń, miłość były jego zazdrosnymi strażnikami. Z każdym dniem przybywało jedno ogniwo w wiążącym go łańcuchu. Nabierałem tego przekonania, badając bardziej szczegółowo jego życie i słysząc opowiadanie o tej całej historii. A była ona ciekawa!
Opowiadał mi ją w czasie pochodu i postoju (przebiegaliśmy okolicę za śladem zwierzyny) na jednym z bliźniaczych szczytów, dokąd wdrapałem się na czworakach. Eskorta nasza (mieliśmy ochotników włóczących się za nami od wsi do wsi) obozowała na polance w połowie góry i wśród ciszy wieczornej zapach dymu pieścił nasze nozdrza jak delikatny, wytworny aromat. Głosy również dochodziły do nas dziwnie wyraziste, a pomimo oddalenia, czyste. Jim siadł na pniu powalonego drzewa i wyciągając fajeczkę, zaczął mówić (...).