— Wszystko udało się dokonać z tego oto miejsca!

Na drugim szczycie, oddzielonym od nas ponurą przepaścią, ujrzałem szereg osmolonych pali, pozostałe szczątki niezdobytej fortecy Sherifa Alego. Zdobyli ją jednak. Plan ułożył Jim i on sam kierował wszystkim. Cały zużyty, zardzewiały arsenał Doramina wciągnął na szczyt góry. Dwie żelazne armatki i cały zapas strzelb. Trudności było niemało przy wciąganiu tego na wierzchołek. Jim pokazał mi, w jaki sposób urządził machinę wciągającą, przy pomocy lin i wydrążonego pnia, obracającego się na palu (...)38.

Rozdział XXVIII

Pobity Sherif Ali wyniósł się z kraju, jak mógł najprędzej, a lud splądrowanych wiosek powoli ściągać zaczął z rozmaitych dżungli i zajmować swe domki, doprowadzone do stanu zupełnej ruiny. Jim po naradzie z Dainem Warisem wziął ich pod opiekę i sam wybrał wodza. Takim sposobem stał się rzeczywistym rządcą kraju. Strach Tunku Allanga nie miał granic. Powiadają, że na pierwszą wieść o świetnym zwycięstwie odniesionym na szczycie góry, rzucił się na bambusową podłogę sali audiencjonalnej, przycisnął do niej twarz i leżał tak nieruchomo cały dzień i noc, wydając tak bolesne jęki, że nikt nie śmiał zbliżyć się do niego. Już widział siebie wyrzuconego z Patusanu, okrytego hańbą, błąkającego się, opuszczonego, obdartego, bez opium, swych kobiet, służby, zabitego przez pierwszego lepszego zbója! Po Sherifie Alim przyjdzie kolej na niego, a kto zdoła się oprzeć napaści kierowanej przez tego diabła? Rzeczywiście, życie jego i odrobina władzy, jaką posiadał w chwili, gdym odwiedzał Jima, zależna była najzupełniej od dobrej woli tego ostatniego. Bugisowie pałali chęcią odpłacenia się za wszystko, co przeszli, a stary Doramin pieścił się nadzieją, że syn jego zostanie kiedyś rządcą całego Patusanu. (...) Gdy z mych słów niebacznych, wypowiedzianych w czasie rozmowy z nim dowiedział się, że Jim kraju tego nigdy nie opuści — sposępniał i rzekł:

— Ziemia pozostaje tam, gdzie Bóg ją stworzył, ale biali ludzie przychodzą do nas i po jakimś czasie odchodzą. Ci, których poza sobą zostawiają, nie wiedzą, kiedy oczekiwać mają ich powrotu. Wracają do swego kraju, do swego ludu i ten biały również... Dlaczegóż on nie miałby wrócić do swoich? (...)

Dziwnym zbiegiem okoliczności tego dnia wieczorem (był to ostatni dzień mego pobytu w Patusanie) stanąłem znów oko w oko z tym pytaniem, na które nie da się znaleźć odpowiedzi.

To mnie sprowadza do historii jego miłości.

Myślicie zapewne, że jest ona podobna tym, przez jakie wy przechodziliście. O uszy nasze obija się tyle podobnych rzeczy i większość nie uważa ich nawet za miłosne epizody. Są to jakieś wybryki młodości, skutki temperamentu i pokus, z góry skazane na zapomnienie. Zapatrywanie to może i tu dałoby się zastosować... Zresztą — nie wiem. W każdym razie opowiedzieć tę historię nie jest tak łatwo; pozornie podobna jest ona do innych, ja jednak mam zawsze przed oczami smutną postać kobiecą, patrzącą na samotną mogiłę z boleścią w oczach i na zaciśniętych ustach. Mogiła sama, gdym zaszedł tam wczesnym rankiem, przedstawiała się jak bezkształtne brunatne wzniesienie ziemi, otoczone wokoło kawałeczkami białego koralu. Ogrodzenie zrobione z gałęzi chroniło ją od świętokradzkiej stopy przechodnia, a wysmukły słup na niej owinięty był girlandami liści i kwiatów — a kwiaty były świeże.

Świadczyło to dowodnie, że mogiła nie była zapomniana. A gdy wam powiem, że Jim własnymi rękami pracował nad tym ogrodzeniem, zrozumiecie, że jego miłosna historia niezwykły miała początek. Jim zawsze był romantykiem. Przez cały ciąg swego życia żona niecnego Corneliusa nie miała nikogo na świecie prócz córki, będącej dla niej towarzyszką, powiernicą i przyjaciółką. Jak doszło do małżeństwa tej biednej kobiety ze wstrętnym Portugalczykiem z Malakki, kiedy rozstała się z ojcem swego dziecka, czy stało się to wskutek śmierci, czy była zmuszona okolicznościami — pozostanie na zawsze dla mnie tajemnicą. Z tej odrobiny wiadomości, jakiej mi Stein udzielił, przekonany jestem, że była ona niezwykłą kobietą. Ojciec jej należał do białych, był wysokim urzędnikiem, jednym z tych świetnie obdarowanych ludzi, którym brak głupoty nie pozwala się utrzymać na stanowisku i których kariera często smutny ma koniec. Przypuszczam, że i jej brakło zbawczej głupoty i karierę swą zakończyła w Patusanie. Los nas wszystkich prześladuje... bo gdzież jest człowiek — mówię tu o prawdziwym, czującym człowieku — którego by on nie dotknął, odbierając mu to, co nieraz droższe jest od życia?... Ale ten wspólny los z dziwnym okrucieństwem pastwi się nad kobietami. Nie karze jak władca, ale zsyła takie udręczenia i męki, jak gdyby chciał zaspokoić tajemniczą, nienasyconą zawiść.

Zawsze stawiam sobie przed oczami te dwie istoty, z początku młodą kobietę i dziecko, później kobietę dojrzałą i młodą dziewczynę, tę straszną jednostajność i szybki bieg czasu. Oddzielone od świata lasami jak nie przebytym murem, otoczone wrzaskiem i gwarem pospolitego życia, wiecznie samotne; każde zamienione między nimi słowo musiało być przeniknięte głębokim smutkiem. Musiały tam być zwierzenia nie faktów, przypuszczam, lecz odczuć, żalów, trwogi, ostrzeżeń, których młoda zapewne nie rozumiała aż do śmierci matki — i zjawienia się Jima. Wówczas, pewny jestem, że zrozumiała dużo — nie wszystko — trwoga odgrywała tu największą rolę. Jim nazwał ją wyrazem, oznaczającym rzecz drogocenną, nazwał ją — Klejnot. To ładnie, prawda? Ale on do wszystkiego był zdolny. Nazywał ją Klejnotem i mówił to z taką prostotą, jak gdyby mówił „Janko”. Usłyszałem to miano, jak tylko stanąłem na dziedzińcu jego domu; o mało mi ręki nie wyrwał z ramienia, tak mocno nią potrząsał i rzucił się do drzwi, wołając głośno.