— Klejnocie! Klejnocie! Pośpiesz się! Przybył do nas przyjaciel... — Zwrócił się nagle ku mnie i mówił poważnie — Proszę uwierzyć, nie ma tu miejsca na kpiny, nie potrafiłbym powiedzieć, ile jej zawdzięczam, więc, rozumie pan... to jakby nasz kościół...

Ten szept niespokojny, niejasny, przerwało zjawienie się białej postaci, która z lekkim okrzykiem wysunęła z cienia twarzyczkę o delikatnych rysach i głębokich myślących oczach i wyjrzała jak ptaszek z głębi swego gniazdka.

Nazwa ta, dana kobiecie, zadziwiła mnie; ale dopiero później zrozumiałem, jaki ona ma związek z zadziwiającą pogłoską, na jaką się natknąłem, w czasie mej podróży na wybrzeżu, o 230 mil oddalonym od rzeki Patusanu. Statek Steina, na którym podróż odbywałem, zarzucił kotwicę dla zabrania jakichś produktów, wyszedłem więc na wybrzeże i ku wielkiemu memu zdziwieniu przekonałem się, że ta zapadła dziura szczycić się może obecnością trzeciorzędnego urzędnika państwowego, który tam stale rezyduje. Był to Metys, tak otyły, że fałdy tłuszczu zwisały z niego, o grubych, wywróconych, świecących wargach. Znalazłem go rozciągniętego na trzcinowym fotelu, wstrętnie porozpinanego, z olbrzymim liściem na parującej głowie; w ręce trzymał podobny drugi i leniwie się nim wachlował...

— Udaje się pan do Patusanu? Wiem. Tam jest siedziba handlowa Steina. Ma pozwolenie, więc mnie to nic nie obchodzi. Teraz nie jest tam tak źle — zauważył lekceważącym tonem i ciągnął dalej. — Podobno przybył tam jakiś biały włóczęga... Co? Co pan mówisz? Pański przyjaciel? Cóż...A więc to prawda, że jest tam jeden z tych verdamte... Po cóż się tam pchał? A jednak znalazł drogę, gałgan! Co? A nie chciałem temu wierzyć. Patusan... przecie tam jak nic gardła podrzynają... ale to nie nasz interes. — Przerwał sobie, by jęknąć. — Och! Co za upał! Co za upał! No! To w takim razie może coś być także i w tej historii i... Zamknął jedno wstrętnie szkliste oko i spojrzał na mnie drugim potwornie. — Słuchaj pan — rzekł tajemniczo — jeżeli... rozumiesz pan? ...jeżeli zdobył coś istotnie pięknego... nie jakieś tam zwykłe wasze zielone szkiełko... rozumiesz pan? Jestem reprezentantem rządu... więc powiesz pan łajdakowi... Co? Co takiego! Przyjacielem jest pana?... Prawda, mówiłeś pan już, a więc rad jestem, że przez pana mogę przesłać zlecenie. Przypuszczam, że i pan chciałby coś na tym skorzystać? Proszę nie przerywać. Powie mu pan że słyszałem o tej historii, ale do władzy nie wysłałem jeszcze raportu! Jeszcze nie. Rozumiesz pan? Po co się śpieszyć? Co? Zatem, powiedz mu pan, by tu do mnie przybył, jeżeli go żywcem stamtąd wypuszczą. Obiecuję, że wszystko spokojnie załatwię, śledztwa przeprowadzać nie będę. Rozumiesz pan? Pan również otrzymasz coś ode mnie w charakterze komisowego. Proszę nie przerywać. Jestem urzędnikiem państwowym i zdaję raporty. Ot, w czym rzecz! Rozumiesz pan? Znam pewne osoby, które gotowe są kupić coś porządnego i dadzą mu pieniędzy więcej, niż taki łajdak w całym swym życiu widział. Znam ich przecie!

Wlepił we mnie otwarte teraz oczy, a ja stałem ogromnie zdziwiony, zadając sobie pytanie, czy on wariat, czy pijany? Pocił się, prychał, jęczał i drapał się z taką miną, że nie mogąc znieść dłużej takiego widoku, odszedłem pośpiesznie. Nazajutrz, rozmawiając o tym i owym z krajowcami, dowiedziałem się, że wzdłuż wybrzeży krąży tajemnicza pogłoska o „białym” w Patusanie, który znalazł nadzwyczajny kamień — szmaragd olbrzymiej wielkości i bajecznej ceny. Szmaragd bardziej działa na imaginację Wschodu niż każdy inny drogi kamień. Biały otrzymał go, powiadali, dzięki swej cudownej mocy i przebiegłości od wielkorządcy dalekiej krainy, skąd zemknął pośpiesznie i przybył do Patusanu w rozpaczliwym położeniu, szerząc postrach między ludźmi swym nadzwyczajnym okrucieństwem. Opowiadający mi tę historię przypuszczali, że kamień ten musi przynosić nieszczęście — jak sławny kamień sułtana Sukkadanu, który kiedyś sprowadził wojny i nieopisane klęski na cały kraj. Może to ten sam kamień — kto to wie? Istotnie, historia o bajecznej wielkości szmaragdzie sięga czasów pierwszego zjawienia się białych ludzi na Archipelagu i wiara w to tak jest trwała, że jeszcze przed czterdziestu laty rząd holenderski przeprowadzał poszukiwania.

— Taki klejnot — objaśniał mnie starzec, od którego najwięcej dowiedziałem się o tym „micie” otaczającym Jima — taki klejnot — mówił wznosząc ku mnie krótkowzroczne oczy (przez szacunek siedział na podłodze mojej w kajucie) — najlepiej się przechowuje ukryty na łonie kobiety. Ale nie każda jest do tego odpowiednia. Musi być młoda — tu westchnął głęboko — i nieczuła na pokusy miłosne. — Teraz sceptycznie wstrząsnął głową. — Ale podobno taka kobieta właśnie tam się znajduje. Opowiadano mu o jakiejś wysokiej dziewczynie, którą biały szanuje i troszczy się o nią. Ona podobno nigdy nie wychodzi sama z domu. Biały co dzień przechadza się z nią, nic sobie z ludzi nie robiąc; on trzyma ją za rękę — ot tak — i przyciska do siebie. — To może być kłamstwo — przyznawał — bo przecie nikt by tak robić nie mógł; w każdym razie, nie ulega wątpliwości, że ona nosi klejnot białego, ukryty na łonie.

Rozdział XXIX

Tak się zapatrywał na wieczorne spacery Jima z żoną. Ja mu towarzyszyłem nieraz i za każdym razem widziałem niemiłą postać Corneliusa, obrażonego w swej ojcowskiej godności, jak krył się w sąsiednich zaroślach lub pod płotami z tym specjalnym skrzywieniem ust, świadczącym o gotowości do zgrzytania zębami. Ale czy zauważyliście, jak o trzysta mil od wszelkich poczt i telegrafów niepewnej użyteczności kłamstwa naszej cywilizacji więdną i zamierają, a zastępują je wytwory czystej imaginacji, mające urok i czasami kryjące głęboką prawdę? W całej tej historii prawdą była tylko jej romantyczność. Jim nie skrywał się ze swym Klejnotem. W rzeczywistości nadzwyczaj dumny był z niej.

Teraz przychodzi mi na myśl, że w ogóle mało się jej przyglądałem. Najlepiej pamiętam oliwkową bladość cery, połysk kruczoczarnych włosów, obficie spadających spod purpurowej, małej czapeczki, którą nosiła na tyle zgrabnej swej główki. Ruchy miała swobodne, nacechowane pewnością siebie, przy rumieńcu twarz jej zabarwiała się ciemnym tonem. Gdy rozmawiałem z Jimem, chodziła tu i tam, rzucając na nas szybkie spojrzenia, zostawiając po sobie wrażenie czegoś uroczego, pięknego, a zarazem czujnego. Po każdym ślicznym uśmiechu następowało niespokojne spojrzenie, jakby wskutek wspomnienia o grożącym niebezpieczeństwie. Czasami siadała przy nas, małą rączką podpierała policzek i przysłuchiwała się rozmowie naszej; wielkie jej oczy nie schodziły z naszych ust, jak gdyby każde wypowiedziane słowo miało swój kształt. Matka nauczyła ją czytać i pisać; po angielsku nauczyła się trochę od Jima i mówiła ze śmiesznym akcentem, naśladując jego intonację. Miłość jej otaczała go jakby szelestem skrzydeł. Tak nieustannie oddawała się jego kontemplacji, iż stała się do niego podobna w ruchach, w spojrzeniu, w noszeniu głowy. Miłość jej doszła do takiego stopnia natężenia, iż stała się niemal widoczna dla zmysłów; zdawała się istnieć w przestrzeni, spowijała go całego, drgała w powietrzu, w blaskach słonecznych, jak drżąca, łagodna nuta. Przypuszczam, że bierzecie mnie również za romantyka, ale mylicie się; opowiadam wam po prostu urywek niezwykłego romansu, jaki stanął mi na drodze. Z wielkim zainteresowaniem przyglądałem się szczęściu Jima. Był zazdrośnie kochany, ale dlaczego była ona zazdrosna, o kogo, nie mógłbym powiedzieć. Kraj cały, lud, lasy były jej wspólnikami i pilnowały go bacznie, jako swą niezaprzeczalną własność. Tu nie mogło być żadnej wątpliwości; był więźniem, chociaż miał zupełną swobodę, posiadał władzę i moc, a ona, chociaż gotowa była zrobić ze swej głowy podnóżek dla niego, trzymała swą zdobycz z całych sił, jak gdyby była ona trudna do utrzymania. Również Tamb’ Itam, wierny sługa tubylec, nieodstępujący na krok swego pana, uzbrojony w rozmaite mordercze narzędzia, miał minę czujnego strażnika, gotowego życie swe nieść w ofierze swemu więźniowi. Gdy wieczorami długo przesiadywaliśmy na werandzie, on jak cień przesuwał się to tu, to tam lub stawał nieruchomo w cieniu; potem bez szmeru ginął gdzieś, aby zjawić się jak spod ziemi na pierwszy ruch Jima. Dziewczyna, zdaje mi się, również nie kładła się spać, zanim nie rozeszliśmy się na spoczynek. Nieraz widziałem ich przez okno mego pokoju, Jima i ją, dwie białe postacie, stojące na werandzie; on obejmował ją ramieniem, a ona składała mu główkę na piersi. Słodki ich szept dochodził uszu moich, serdeczny, przenikający, jak spokojna, smutna nuta, płynąca z ciszy nocy. Później, kładąc się już do łóżka, słyszałem lekki szelest kroków, ciche westchnienia — i pewny byłem, że Tamb’ Itam nie zszedł ze stanowiska. Chociaż (z łaski białego pana) miał własny swój domek, „wziął żonę” i nieba w ostatnich czasach zesłały mu dziecię, pewny jestem, że przynajmniej w czasie mojej tam obecności spał zawsze na werandzie. W żaden sposób nie można było wciągnąć do rozmowy tego wiernego a ponurego indywiduum. Jim nawet otrzymywał zawsze lakoniczne, urywane odpowiedzi. Mowa widocznie była dla niego zbyteczna. Raz tylko słyszałem całe zdanie wypowiedziane przez Tamba; pewnego poranka stał obok mnie i nagle, wyciągając rękę w stronę dziedzińca, wskazał na Corneliusa, mówiąc:

— Ot, idzie ten Nazarejczyk!