Nie do mnie zwracał się ten okrzyk, pragnął wzbudzić oburzenie w całym świecie. Dziedziniec, szeroki, kwadratowy plac, zalany był potokami oślepiającego słońca, a Cornelius, przesuwając się po nim w pełnym świetle, miał wygląd człowieka ukradkowo prześlizgującego się w ciemności. Patrząc na niego, doznawało się niesmaku. Jego chód przypominał pełzanie wstrętnego owada, jedynie nogi poruszały się w okropny sposób, podczas gdy korpus sunął równo. Przypuszczam, że dążył prosto do celu swej wędrówki, ale chodził, jak gdyby się wiecznie czaił i chciał ukryć. Często krążył tak wokoło, przypominając węszącego za czymś psa; przechodząc mimo werandy, rzucał ukradkowe spojrzenia i nie śpiesząc się, znikał za węgłem któregoś z szałasów. Jego swobodne wędrówki po całym gospodarstwie Jima świadczyły o niedorzecznej obojętności tego ostatniego, a raczej o jego nieskończonej pogardzie, gdyż Cornelius odegrał bardzo dwuznaczną rolę (mówiąc najdelikatniej) w pewnym epizodzie, mogącym się bardzo smutno dla Jima zakończyć. W rezultacie powiększył jeszcze bardziej jego sławę. (...)
Trzeba wam wiedzieć, że wkrótce po przybyciu do Patusanu opuścił Jim dwór Doramina — ze względu na jego bezpieczeństwo było to dokonane zbyt wcześnie, o wojnie oczywiście jeszcze wówczas mowy nie było. Kierowało nim poczucie obowiązku, musiał — jak mówił — zająć się interesami Steina. Zapominając więc zupełnie o grożącym zewsząd niebezpieczeństwie, przebył rzekę i zamieszkał z Corneliusem. W jaki sposób ten ostatni przetrwał burzliwe czasy — nie wiem. Jako agent Steina, korzystał zapewne z opieki Doramina; w każdym razie nie ulega wątpliwości, że jakąkolwiek drogą szedł, czyny jego nacechowane były podłością, stanowiąc piętno tego człowieka. (...) W opowiadaniu tym odgrywa rolę wstrętnego owada, kalającego czystość romansu poetyckiego. (...)
Rozdział XXX
Jim wytrzymywał z takim człowiekiem jedynie dlatego, że całym sercem zainteresował się bezbronną dziewczyną, pozostającą na łasce „podłego tchórza, łotra!” Cornelius robił, co mógł, by jej życie uczynić nieznośnym, z braku odwagi, jak przypuszczam, wstrzymywał się jedynie od czynnej zniewagi. Wymagał, by go nazywała „ojcem” i zachowywała się wobec niego „z szacunkiem”, wrzeszczał, wygrażając jej żółtą pięścią.
— Ja jestem człowiekiem godnym szacunku, a ty czym jesteś? Powiedz — czym jesteś? Myślisz, że ja będę wychowywał cudze dziecko, nie otrzymując za to nic! Chodź tu — powiedz: „ojcze”... Nie chcesz?... No! poczekaj!
Zaczynał znieważać słowami zmarłą matkę dziewczyny, a ta, chwyciwszy się za głowę, uciekała pośpiesznie. Gonił ją po wszystkich zaułkach, a zapędziwszy do jakiego kąta, gdzie padała na kolana, zakrywając uszy, stawał za nią, i wylewał cały potok zniewag, obelg, oskarżeń na zmarłą.
— Twoja matka była diablicą i ty także nią jesteś! — krzyczał na zakończenie, podnosił zeschły kawał ziemi lub garść brudu, którego nie brakło naokoło i rzucał jej na głowę.
Czasami stawała pełna pogardy, patrząc mu prosto w oczy, z twarzą ponurą, skurczoną bólem i od czasu do czasu rzucała jakieś słowo, co tamtego doprowadzało do wściekłości. Jim mówił mi, że te sceny były straszne. Spotykać się z czymś podobnym na krańcu świata było niezmiernie dziwne. Przyznacie, że takie położenie biednej dziewczyny wzbudzało litość.
Szanowny Cornelius, (Inczi — Nelius — mówili Malajczycy z wiele mówiącą miną) czuł się bardzo zawiedziony. Nie wiem, czego się spodziewał po swoim ożenku; wszak i tak kradł i trwonił wszystko, co mu w ręce wpadało, prowadząc przez lał tyle handel spółki Steina (Stein dostarczał towarów, póki kapitanowie okrętów chcieli je w tamte strony zabierać), ale to Corneliusowi zdawało się małym zadośćuczynieniem za pracę, poświęcenie i dar ze swego zacnego nazwiska uczyniony. Jim stłukłby go z rozkoszą; tymczasem sceny te tak były bolesne, wstrętne, iż przez delikatność dla uczuć dziewczyny usuwał się pośpiesznie. Gdy nareszcie nędznik zostawiał ją samą, drżącą, nieszczęśliwą, z twarzą rozpaczliwie smutną, Jim wówczas wracał i pocieszał, jak mógł. (...) Cornelius włóczył się po wszystkich kątach, milczący teraz jak ryba, rzucając niedowierzające, złośliwe spod oka spojrzenia.
— Mogę położyć temu kres — rzekł dnia pewnego Jim — powiedz tylko słowo!