— Czy pan śpi?
— Nie! A o co chodzi? — odparł Jim gwałtownie i coś od ściany odskoczyło, jakby szepczący przeraził się.
Niezmiernie tym rozdrażniony, Jim wybiegł na werandę, a Cornelius pobiegł aż do schodów i tam schwycił się złamanego słupa.
— Pomyślał pan o tym, co mówiłem? — spytał Cornelius, z trudnością wymawiając słowa, jak gdyby go febra trzęsła.
— Nie! — wrzasnął z gniewem Jim. — Nie myślałem i myśleć nie będę. Całe życie spędzę tu w Patusanie!
— To umrzesz tu — odparł Cornelius, drżąc gwałtownie.
Wszystko to było tak niedorzeczne i wyzywające, iż Jim nie wiedział, czy ma się śmiać czy gniewać.
— Nie umrę, póki ciebie stąd nie wypędzę — krzyknął zniecierpliwiony. Na wpół serio (podniecony był, jak wiecie, własnymi myślami) krzyczał dalej — Nic mi się stać nie może! Możecie najpiekielniejsze tworzyć plany!
Cornelius, skurczony tam w cieniu, zdał mu się w tej chwili uosobieniem wszystkich trudności i przykrości, jakie na swej drodze spotkał. Stracił panowanie nad sobą i puścił wodze swemu uniesieniu, nazywając go kłamcą, łotrem, oszustem. Przyznawał, że stracił zupełnie miarę, cały Patusan wyzywał do walki, twierdził, że wszyscy skakać będą, jak on zagra i dalej groził tonem przechwałki. Sam mi mówił, że był wówczas śmieszny. Uszy mu pałały na samo wspomnienie. Musiał być nieprzytomny widocznie. Dziewczyna, siedząca z nami, skinęła szybko główką i rzekła z dziecięcą powagą.
— Ja słyszałam to wszystko. — Jim roześmiał się zarumieniony.